16.7.14

Dobre i proste: lody!!!

Nie jestem wielką fanką słodyczy, ale kocham lody! Te w sklepie mają często imponującą listę składników, a domowe wymagają posiadania specjalnej maszyny... tak przynajmniej myślałam jeszcze dwa lata temu, dopóki nie odkryłam tej genialnie prostej metody: 

mrożone banany + orzechy

Choć do lodów można wykorzystać różne orzechy, ja przygotowuję je z moimi ulubionymi fistaszkami. Nie wiem czy wiecie, że orzeszki ziemne to tak naprawdę nie orzechy, a niesamowicie odżywcze rośliny strączkowe. Zawierają dużo białka, bardzo szczodrą ilość antyoksydantów, masę witamin (szczególnie niacyny), są też dobrym źródłem magnezu. W połączeniu z bananami robi się z lodów całkiem porządny posiłek, żadne puste kalorie!

Jeśli jeszcze ich nie próbowaliście, a macie blender lub inne porządne urządzenie miksujące, koniecznie bierzcie się do roboty. Niech słowo robota Was nie przeraża, bo to jeden z najprostszych przepisów na ziemi.






Lody bananowe z masłem orzechowym:

Składniki:
  • 3 bardzo dojrzałe banany (z czarnymi kropkami)
  • puszka prażonych orzeszków ziemnych bez soli lub 3 łyżki masła orzechowego

Wykonanie: 

Banany pokrojone w plasterki wkładamy do zamrażarki. Mrożone banany (ja wyjmuję je zanim zmrożą się całkiem "na kość") miksujemy z orzeszkami lub z masłem orzechowym. Ja zdecydowanie preferuję wersję z orzeszkami, mniej gładką i chrupiącą. Gotowe! Jakie by nie wyszło, zawsze jest dobre!

Ten przepis jest punktem wyjścia do eksperymentów. Zmieniajcie proporcje i stopień zmiksowania według własnych upodobań, użyjcie innych podprażonych orzechów, dodajcie zmiksowane lub świeże owoce, kakao, przyprawy albo może sos czekoladowy? 

W upał nie ma się co przemęczać - jedzcie lody na lunch, kto nam zabroni?!

26.6.14

Eating kills

W Warszawie króluje weganizm. Jeszcze nie tak dawno promowany tylko przez środowiska solidaryzujące się ze zwierzętami, kojarzący się smakoszom się z sojowymi podróbami o wątpliwych walorach smakowych, łączył przede wszystkim młodych i zbuntowanych. Mamy i babcie drżały przed widmem anemii i niedożywienia pociechy. Nagle wszedł na salony, nie tylko jako najbardziej etyczna ale też i najzdrowsza dieta. Szybko okazało się, że zbyt duża ilość białka jest rakotwórcza, że mięso i nabiał "zaflegmiają" organizm, a lekarstwem na całe zło jest jaglanka i zielone szejki. Na pomoc przyszła literatura i każdemu wątpiącemu można było w końcu podsunąć pod nos "Nowoczesne zasady odżywiania" Campbella i na zawsze uciszyć powtarzane z automatu pytania o niedobory. Praktycznie z dnia na dzień miłośnicy kuchni roślinnej mogli odetchnąć od namaczania w domu pestek na mleko, czy lepienia kotletów z ciecierzycy, ruszając do świeżo otwartych restauracji i burgerowni. W telewizji śniadaniowej piękne kobiety przekonują niedowiarków, że może być smacznie, zdrowo i kolorowo. Ze żyją i mają się dobrze. Znalazło się też miejsce dla bardziej radykalnych, witariańskich odłamów, które nawet zimą preferują surowiznę. I co dalej?

No właśnie, co dalej? Żyli długo i szczęśliwie? Wydawałoby się, że zdrowa dieta z modą ma niewiele wspólnego, chodzi przecież o zdrowie. Przypadek USA, za którym cały czas gonimy, ale ciągle jeszcze nie dościgamy, pokazuje, że kiedy modna dieta zagości już pod strzechą wielu Kowalskich, przychodzi czas na zmianę. Czas na zmianę również dla tych, którym dieta nie podeszła, a może nawet zaszkodziła. I jak to z modą bywa, poszło w stronę przeciwną. Fantastycznie obrazują te przemiany okładki amerykańskiego TIME'a, z roku 1984 i 2014.



W czasie kiedy u nas zaleceniem niektórych internistów dla osób chorych na serce bywa wciąż rezygnacja z masła na rzecz margaryny plus obarczone licznymi skutkami ubocznymi statyny, Amerykanie stwierdzili, że przyczyną chorób naczyniowych nie jest cholesterol, który przecież powstaje też w naszym organizmie, ale utleniacze i stan zapalny, wywoływany chociażby przez tłuszcze trans roślinnego pochodzenia. Zanim jednak wieści sięgnęły popularnych mediów, szeregi Amerykanów już przerzuciło się na diety whole foods, zajadając się mięsem, mlekiem, masłem i smalcem. Niektórzy stwierdzili, że można już wszystko, byleby było niepasteryzowane, wypasane na trawie, ekologiczne. Nawet europejscy hipsterzy zamieniają strączki na podroby. Jednak człowiek przyzwyczajony do walki o zdrowie i nieco niepewny w nowym systemie odżywiania zastanawia się - skoro to wszystko jednak zdrowe, to co jest wrogiem? Ja ustrzec się przed chorobą? Bo jakiś wróg musi być, skoro nadal chorujemy i umieramy? Jest, to on, cukier! Skoro nie białko i okryte nową sławą tłuszcze, to musi być to, co jedliśmy przed chwilą, czyli węglowodany! To przecież nie tylko biały cukier, zwany śmiercią na talerzu, ale także zboża i ziemniaki! No przecież człowiek pierwotny jadł tylko mięcho i roślinki! Kalorie już się nie liczą, niech żyje indeks glikemiczny! Ten kto szybciej uwolni cukier do systemu (oczywiście w opcji doświadczalnej, bo czy ktoś je sam suchy makaron albo ziemniaki?) ten sprawcą wszelkiego zła! Pełne zboża też są złe, bo kwas fitynowy okrada nas z minerałów, a nadmiar błonnika podrażnia żołądek i jelita. Nie wspominając już o tym, że gluten to cichy zabójca, ale to chyba wszyscy już wiemy, right?


Więc, co dalej? Długo się tak nie da, bo jajecznica na maśle i bekonie bez chlebka oraz stek z wypasanego na łące bizona z sałatą, po roku przestają już "wchodzić". Człowiek śni o chlebie i cieście, a z węglowodanów należą mu się tylko jagódki. W Stanach rodzi się więc nowy trend, którego jednym z prowodyrów jest zwykły człowiek, Matt Stone, który przez siedem lat studiował żywienie szukając dla siebie idealnej diety, będąc coraz bardziej.. chorym. Po latach nauki i syntezy informacji doszedł do wniosku, że żeby być zdrowym, trzeba jeść wszystko i dużo! Dlaczego? Ponieważ restrykcja pokarmów stężonych kalorycznie, jak również wykluczenie węglowodanów to najlepszy sposób na obniżenie metabolizmu! Organizm odkłada co może, tarczyca idzie spać, nadnercza szaleją ze stresu, bo gdzie jest cukieeeer? Przecież dla mózgu chwila bez glukozy równa się śmierci, a korzystanie głównie z procesu glukoneogenezy, czyli wytwarzania jej z aminokwasów, okazuje się być słabo wydajne i stresujące dla organizmu. Jak się uratować? Autor "Diet Recovery" podpowiada: na początek przestańcie pić tyle wody, a zacznijcie jeść sól i cukier, lody i fastfood! Duża gęstość tych pokarmów, czyli duża zawartość kalorii w posiłku, rozrusza uśpiony metabolizm, rozgrzeje zlodowaciałe dłonie i stopy i przywróci do życia ofiarę diety. Czyli, wracamy do punktu wyjścia.

Czego uczy nas powyższa historia? Czy tego, że jedzenie nie ma znaczenia? Czy tego, że nie musimy już o siebie dbać? Niektórzy zapewne potraktują to właśnie w ten sposób, ja jednak chciałam zwrócić uwagę na inna rzecz. WSZYSCY MAJĄ RACJĘ.

Tak, nadmiar białka może być bardzo szkodliwy dla organizmu, jak i jego niedobór. Ale co to znaczy nadmiar? Czy to taka sama ilość dla osoby w ciąży, po operacji, dorastającego dziecka i staruszka?

Tak, szejk z jarmużem ma mnóstwo antyoksydantów i substancji odżywczych, ale także goitrogeny hamujące pracę tarczycy. Dieta oparta na koktajlach może wychładzać organizm i powodować niedobory witamin rozpuszczalnych w tłuszczach oraz białka, również niezbędnego do detoksyfikacji.

Tak, cholesterol może zapychać Ci naczynia, ale może nie dlatego, że jesz masło, tylko dlatego, że gdy żywisz się śmieciami i żyjesz w stresie, wolne rodniki będą uszkadzać ich ścianki, a coś musi je łatać.

Tak, fast foody i słodycze są w większości pustymi kaloriami, regularne ich spożywanie spowoduje niedobory i stany zapalne dzięki chociażby tłuszczom trans. Jednak stojąc w zimowy dzień na przystanku, ważniejsze jest aby coś zjeść i dostarczyć organizmowi jak najwięcej kalorii, a nie zielonego soku.

Tak, skoncentrowane węglowodany mogą skokowo podwyższać poziom cukru, ale można je zrównoważyć w posiłku białkiem lub tłuszczem.

Tak, istnieje celiakia, można się też na gluten uwrażliwić, ale jest wiele osób, które jedzą go bez żadnych uszczerbków na zdrowiu.

Tak, żywienie się sałatkami i słupkami marchewki może zabić nasz metabolizm, ale w ciepły dzień, u osoby z normalną przemianą materii może to być idealny, lekki posiłek.

Tak, mięso może szkodzić na słaby żołądek, nabiał i cukier zatkać zatoki, surowe pokarmy zamieniać Cię w kostkę lodu. Jedzenie może zabić! Jest też niezbędne do życia.

Każdy z nas dąży do jasnych, prostych rozwiązań. Dlatego na świecie istnieje wiele diet. Ale wniosek może wielu rozczarować: jedno, uniwersalne dla wszystkich rozwiązanie nie istnieje. Obiecuję, możecie już przestać szukać. Celem jest zatrzymać się i nawiązać dialog, a nie walkę z organizmem, poznać jego słabe strony. Zdobycze nauki są cenne, tak samo jak odczucia, bo pozwalają nam dokładniej zrozumieć nasze problemy i lepiej służyć swojemu towarzyszowi - ciału. Nie możemy wyciągać ostatecznych wniosków o tym, co jest najlepsze dla człowieka, jedynie na podstawie kilku badań naukowych. Jest niezliczona ilość nierzetelnych badań i takich, które się nie sprawdziły. Moim zdaniem, najlepsza dieta obroni się sama i nie potrzebuje adwokatów. Dobrze się czujesz, masz zdrowe zęby, skórę, paznokcie, niezłe trawienie, stabilny poziom energii, jesteś wolna/y od przewlekłego bólu? Gratulacje. Nie jest tak idealnie? Staraj się wsłuchać i zrozumieć, to nie są bajki, w końcu się udaje. Nie wszystko można zmienić dietą, tak samo ważne są inne elementy stylu życia. Nie każde ograniczenie da się zlikwidować, ale zawsze można sobie pomóc. Warto przyglądać się też tradycji i starym systemom medycznym, które pokazują, że każdy pokarm w określony sposób wpływa na organizm i zmieniając proporcje w diecie można ulżyć sobie w dolegliwościach. Powyżej opisane skrajności dają nam jednak pojęcie o obszarze, w którym się poruszamy i z tych doświadczeń możemy korzystać. Jeden z nas może potrzebować mniej mięsa, drugi węglowodanów, trzeci surowizny, czwarty dań gotowanych. Właśnie na zmianie proporcji, a nie na wykluczaniu warto się skupić. Za to wszystko cenię tradycyjną medycynę chińską. Ale o tym następnym razem.

---
Okładki TIME pochodzą ze strony http://www.christopherjamesclark.com/blog/wp-content/uploads/2014/06/time-covers.jpg, a zdjęcie Ryana z fanpejdżu Paleohacks.com

17.5.14

W obronie ziemniaka

Autorytety żywieniowe grzmią: "ziemniak zły!" Podstawa polskiej diety, bohater, który przeprowadził nas kiedyś przez lata biedy, stał się narodowym wrogiem. Wartość ziemniaka zrównano z jego wysokim indeksem glikemicznym, ogłaszając, że nie jest on warzywem, tylko bezwartościowym zapychaczem, czystym węglowodanem uruchamiającym cukrowe alarmy w organizmie. W świecie, w którym wartość danego pokarmu przelicza się na wybrany element - kalorie, indeks glikemiczny lub zawartość danej witaminy - czuję potrzebę protestu i obrony tej spychanej w niebyt jadalnej bulwy.

Wszystkim tym, którzy uważają ziemniaka za wielkie zero, chciałam zwrócić uwagę na to, że:
- Po pierwsze, mimo iż nie znajdziecie kartofla wśród wymiataczy żywnościowych tabelek, to jednak  zawiera sporo witamin i minerałów oraz błonnik. Jest dobrym źródłem witaminy C, której chociaż połowę zachowa po przyrządzeniu, jeśli zjemy go od razu. Zawiera też co nieco żelaza, niacyny, witaminy B6, kwasu foliowego, potasu, manganu, jodu, beta-karotenu (im bardziej żółty tym więcej) i innych składników odżywczych, a do tego posiada całkiem niezłe moce antyoksydacyjne.
- Po drugie, nie można porównywać ziemniaka do białej mąki, bo jest on jednak, szczególnie ze skórką, pokarmem całym i nierafinowanym, w przeciwieństwie do zmielonej i pozbawionej okryw i zarodków mąki.
- Po trzecie, wysoki indeks glikemiczny ziemniaka można łatwo zrównoważyć. Przecież tradycyjnie nie jemy ziemniaków saute, tylko na przykład z masłem lub śmietaną. Dodatek tłuszczu spowoduje powolne i bardziej równomierne uwalnianie węglowodanów i zapewni poczucie sytości na dłużej, a do tego umożliwi przyswojenie beta-karotenu.

Dziś postanowiłam uczcić ziemniaka w daniu, gdzie gra pierwsze skrzypce: zapiekance ziemniaczanej. Istnieje milion wersji takiej zapiekanki i ja też przyrządzam ją różnie, w zależności od tego, co akurat znajdę w lodówce.  Ta wersja wyszła naprawdę dobra i nie zawiera mleka, śmietany,  ani skandalicznych ilości masła, więc mogą odważyć się na nią nawet ci, u których słowo "cholesterol" powoduje ciarki na całym ciele. Nie użyłam też roztrzepanych jajek, dzięki którym zapiekanka byłaby bardziej zwarta, gdyż nie miałam na nie ochoty.

Żeby danie było szybkie i proste, konieczne jest użycie dowolnego urządzenia produkującego cienkie plasterki, inaczej krojenie w taki sposób ziemniaków może być bardzo uciążliwe. Pokrojony kartofel szybciej się upiecze i będziemy mogli odpuścić sobie wcześniejsze gotowanie. Potraktujcie ten przepis jako bazę do eksperymentów. Z podanej, orientacyjnej ilości otrzymałam wypełnione do połowy wysokości naczynie żaroodporne, spokojnie można więc zwiększyć ilość składników o 50%.

Prosta zapiekanka ziemniaczana

Składniki:
  • ok 8 dużych ziemniaków
  • ok 8 dużych pieczarek
  • 1 duża cebula
  • 3 ząbki czosnku 
  • 5-6 płaskich łyżek masła klarowanego (ewentualnie zwykłego masła)
  • ok 100 g sera twardego dojrzewającego, który można pokruszyć (ewentualnie utaty parmezan)
  • zioła prowansalskie
  • sól i pieprz

Wykonanie:

1. Ziemniaki obieramy (jeśli są ekologiczne może zostawić je w mundurkach) i kroimy na cienkie plasterki. Potrzebujemy dużej miski, w której delikatnie mieszamy je z 4 łyżkami roztopionego masła, porządną ilości soli i pieprzu, dużą szczyptą ziół prowansalskich oraz odrobiną wody. 
2. W drugiej misce mieszamy podobnie pokrojone w cienkie plasterki pieczarki i cebulę wraz z posiekanym lub wyciśniętym czosnkiem i solą. 
3. Lekko natłuszczamy dno naczynia żaroodpornego i układamy warstwę ziemniaków, na nią warstwę pieczarek z cebulą i kruszymy trochę sera. Powtarzamy proces dwukrotnie. Na wierzch kładziemy ostatnią czwartą warstwę ziemniaków i rozprowadzamy resztę masła i sera.
4. Pieczemy pod przykryciem w średniej temperaturze. Dodatek niewielkiej ilości wody powinien ułatwić gotowanie ziemniaków. Sprawdzamy zapiekankę próbując zewnętrznego plasterka. Jeśli jest prawie gotowy, odkrywamy naczynie i pieczemy jeszcze chwilę aż płyn nieco odparuje, a wierzch nabierze rumieńców. 




Zapiekankę podałam z prostą sałatą skropioną oliwą, sokiem z cytryny i posypaną solą i pieprzem. Potrawa może nie jest wizualną królową balu, ale zajadaliśmy się nią bez opamiętania. Ziemniaku, lubię Cię.

24.4.14

It's alive!

Lekkie obyczaje wracają po długiej przerwie! W międzyczasie dużo się działo, były wesela i kryzysy, pożegnania i powitania, czas poszukiwania i zbierania sił. Była półroczna wędrówka po Azji i powót do domu. Witajcie ponownie!

8.6.13

Zapraszamy na drugi wykład: Intuicja i odżywianie. Sygnały z organizmu a zapotrzebowanie na składniki odżywcze.

Zapraszamy serdecznie na drugi z serii wykładów na temat intuicji w odżywianiu. Naszym celem jest zaopatrzenie zainteresowanych w podstawową wiedzę i narzędzia umożliwiające codzienne podejmowanie mądrych wyborów żywieniowych z uwzględnieniem sygnałów płynących z organizmu. 
Staramy się uświadomić uczestnikom wykładów, że głód, zachcianki, czy tak zwany gust to często sposoby organizmu na komunikowanie swoich potrzeb. Sygnały te jednak ciężko jest zidentyfikować lub rozróżnić te, których zaspokojenie będzie dla nas korzystne.
Podczas pierwszego spotkania skupiliśmy się na rozróżnieniu produktów nieprzetworzonych i przetworzonych, oraz ich wpływu na intuicję. Tematem bieżącego spotkania będzie zapotrzebowanie na konkretne składniki odżywcze i próba zrozumienia sygnałów świadczących o ich niedoborach lub nieodpowiednich proporcjach. Będziemy poruszać tematy często ignorowane przez media, chwilami znajdziemy się w opozycji do obecnie dostępnej w Polsce wiedzy na temat żywienia, która nie daje odpowiedzi na wiele aktualnych problemów zdrowotnych.

Podczas spotkania poruszymy takie tematy jak:
- rola białek, węglowodanów i tłuszczów; jakie są ich odpowiednie proporcje i związane z nimi problemy i mity
- kiedy intuicja działa na naszą korzyść
- problemy związane z popularnymi dietami
- najczęściej występujące niedobory witamin i składników mineralnych i sygnały ich występowania
- analiza popularnych problemów zdrowotnych w kontekście niedoborów różnych składników odżywczych
- przyczyny apetytu na cukier i sól
- stres i jego wpływ na zdrowie oraz zapotrzebowanie składników odżywczych
- suplementy – ważne uzupełnienie diety, czy niepotrzebny wydatek?

Zapraszamy wszystkich, którzy chcą zwiększyć swoją świadomość na temat odżywiania, lepiej zadbać o swoje ciało, lub czują, że ich obecny sposób odżywiania nie spełnia wszystkich potrzeb organizmu.

Termin: 12.06 godz. 19:00

Miejsce: Kawiarnia Fawory (facebook.com/kawiarniafawory), ul. Mickiewicz 21, Warszawa

FB: https://www.facebook.com/events/554149974628058/

Koszt: 15 zł

21.4.13

It's ok to be ... weak

Czy Ty też jesteś superbohaterem? Umiesz dużo i dobrze pracować, dużo i dobrze bawić się, zajebiście wyglądać i pachnieć, ugotować zajebisty obiad, pamiętać o wszystkich urodzinach i terminach, dobrze się czuć, uprawiać sport, mieć porządek w domu, zwiedzać galerie, chodzić do kina, i w międzyczasie jeszcze uprawiać zajebisty seks? To zupełnie jak my wszyscy! Przynajmniej tak to wygląda, jeśli wnioskować po pobieżnych pogawędkach w knajpie. A może jednak czujesz, że wszystko sypie Ci się z rąk, praca wysysa z Ciebie wszystkie soki, nie masz czasu dobrze zjeść, w domu bezsensownie gapisz się w ekran komputera, na imprezie masz ochotę ułożyć się na kanapie i odlecieć, sen jest za krótki, a kac zabija bardziej niż by to wynikało z opowieści innych?

Mam wrażenie, że nadużywanie siebie i swojego ciała stało się naszą współczesną chlubą. Opowieści o tym,     że w pracy jesteśmy tak potrzebni i zajęci, że przy dużym szczęściu zdążymy co najwyżej wciągnąć jakiś szybki lunch przy biurku, o tym ile udało nam się w jeden dzień załatwić, jak to jemy cokolwiek się nawinie i nic nam nie jest, jak to zajebiście "dajemy radę" bo wszystko co trzeba ogarniamy sami, bez niczyjej pomocy. Z politowaniem, a może nawet złością patrzymy na tych, co nie ogarniają, spóźniają się, są rozkojarzeni, zapominają być politycznie poprawni, noszą plamę po obiedzie na spodniach, zostają w tyle, kiedy my się spieszymy, nie słyszeli o najciekawszych i najważniejszych faktach i wydarzeniach, a co najgorsze nie imponują im nasze poświęcenia!



Czy ktoś zastanawiał się, dla kogo właściwie dajemy radę? Dla siebie czy dla innych? A może jest już to zwykły automatyzm, który nie przynosi korzyści nikomu? Gdyby tak od dziś postawić na głowie nasze przekonania i pomyśleć:

- jest ok czasem być słabym
- jest ok czasem prosić o pomoc
- jest ok potrzebować na coś więcej czasu niż inni
- jest ok odmawiać, kiedy coś nam nie służy
- jest ok zrobić coś inaczej niż wszyscy, jeśli taka jest moja potrzeba
- jest ok przyznać się do błędu lub porażki
- jest ok o czymś zapomnieć
- jest ok czegoś nie umieć
- jest ok czasem być zmęczonym
- jest ok być delikatną osobą
- jest ok być zależnym od innych.

Masz prawo zadbać o siebie i swoje ciało, dać sobie czas i luz. Masz prawo zażądać w pracy prawdziwej przerwy na lunch. Masz prawo odmówić zrobienia czegoś, co jest niezgodne z Twoimi przekonaniami. Masz prawo odmówić jedzenia czegoś, po czym źle się czujesz. Masz prawo iść wcześnie spać. Masz prawo do błędów i zmiany przekonań. Masz prawo spełniać swoje marzenia! Proszę, przestańmy udawać superbohaterów. Nie od tego zależy nasza wartość. Pozbądźmy się tego, co nas niszczy, żeby znaleźć czas i energię na robienie tego, czego pragniemy. Żeby znaleźć czas na głębokie relacje z bliskimi, przyjaciółmi i samym sobą, żeby im móc powiedzieć TAK. Wspierajmy tych, którzy tak robią. Budujmy siłę, żeby robić wielkie rzeczy, a nie siłę, żeby wytrzymywać cierpienie. To naprawdę nie musi być głównym powodem do dumy. O tym przypominam sobie codziennie i tego również Wam życzę!

---
obrazek: http://www.etsy.com/listing/99665676/im-fine-zombie-shirt

16.4.13

Zboża - samo zdrowie?

Zboża to według oficjalnej piramidy żywieniowej podstawa diety - produkty, które powinny znaleźć się na naszym talerzu każdego dnia. Osoby zainteresowane zdrowym odżywianiem, coraz częściej sięgają po pełne kasze, brązowy ryż, otręby oraz chleb razowy. Dlaczego produkty pełnoziarniste są uważane za zdrowsze niż te przetworzone i czy na pewno wystarczy je jeść, żeby cieszyć się dobrym zdrowiem? Zanim odpowiem na to pytanie, przyjrzyjmy się schematycznej budowie ziarna, w której rozróżnione są trzy podstawowe warstwy:.
źródło: http://www.earnestholistichealth.com/

- Okrywa czyli łuska to zewnętrzna ochronna warstwa nasion. Ta część to tak zwane otręby, które zawierają najwięcej błonnika, minerałów i witamin, szczególnie z grupy B
- Bielmo - magazyn kalorii dla zarodka. Zawiera przede wszystkim skrobię i stanowi główny składnik białej mąki
- Zarodek - wewnętrzna warstwa, źródło białka, dobrego tłuszczu, składników mineralnych i witamin

Podczas otrzymywania białej mąki, oddzielane są otręby i zarodki - źródła witamin, minerałów, błonnika, białka i dobrego tłuszczu. Pozostaje głównie skrobia i niewielkie ilości witamin. Doskonałą całość, stworzoną przez naturę, podczas mielenia w wysokich temperaturach rozdziela się na części. Spożywając chleb, wypieki i bagietki z białej mąki zapewniamy sobie niewiele więcej ponad kalorie. Taka mąka powoduje szybki wzrost cukru we krwi i zmusza trzustkę do skokowej produkcji insuliny.
Aby zadbać o zdrowie, osoby bardziej świadome starają się uzupełniać dietę o ... ciężkostrawne otręby, syntetyczne witaminy, ekstrahowane oleje, czy zarodki pszenne, które łatwo ulegają jełczeniu.Czyli wszystko to, czego dostarczyłoby nam pełne ziarno. Dodatki te przy dużym spożyciu białej mąki są konieczne, żeby dostarczyć sobie wszystkich brakujących składników. Trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że aby strawić i przyswoić oczyszczone węglowodany organizm musi wykorzystać wewnętrzne rezerwy witamin i minerałów!

Wydaje się, że w takim razie wystarczy wypełnić szafki razowym makaronem i chlebem, brązowym ryżem i kaszami i zapomnieć o problemie? To właśnie obiecują oficjalne zalecenia żywieniowe. Jak okazuje się w praktyce, osoby, które tak właśnie zrobiły, nie zawsze cieszą się dobrym zdrowiem. Wiele osób na diecie opartej na nierafinowanych zbożach ze zdziwieniem odkrywa, że problemy trawienne zamiast zniknąć nasilają się. Źle reagują oni na razowe produkty czy też odkrywają u siebie słabą tolerancję glutenu. Czy coś przeoczyliśmy?

Zboża są składnikiem tradycyjnych diet i można powiedzieć, że ich uprawa umożliwiła rozwój cywilizacji. Jedzone są na całym świecie, w nieskończonej ilości gatunków i konfiguracji. Wśród tradycyjnych plemion, które nie znały rafinowanych ziaren i cieszyły się dobrym zdrowiem, możemy wielokrotnie zaobserwować przeróżne staranne metody przygotowywania ich do konsumpcji takie jak fermentacja, kiełkowanie czy namaczanie. Czy oni wiedzą coś, czego my już nie rozumiemy?

Ziarno zboża to nasionko wyposażone w prowiant na początek życia. Zamknięte w tym pakiecie, chronione przez łuskę, może czekać na odpowiednie warunki do kiełkowania. Do tego potrzebny jest czas, ciepło, wilgoć i lekko kwasowe środowisko. Zanim takie warunki zostaną zapewnione, ziarno jest wyposażone w składniki, które uniemożliwiają wykiełkowanie. Nazywane są składnikami antyodżywczymi. Dlaczego? Ponieważ ta naturalna ochrona ziarna w skuteczny sposób uniemożliwia nam jego strawienie.  Regularne porcje nieodpowiednio przygotowanych pełnych zbóż to dla naszego organizmu trudny orzech do zgryzienia. Zawierają m.in. inhibitory enzymów i kwas fitynowy, który wiąże się z cynkiem, wapniem, magnezem, żelazem i miedzią i blokuje ich przyswajanie z jelit. Drastyczny niedobór cynku poznano na ubogich społecznościach Bliskiego Wschodu, które żywiły się głównie niefermentowanym pieczywem w postaci placków.

Wszyscy wiedzą, że chleb na zakwasie jest zdrowszy, mało kto jednak zastanawia się dlaczego. To właśnie dzięki powolnej fermentacji rozkładany jest kwas fitynowy i neutralizowane inhibitory enzymów. Prawdziwy razowy chleb jest pełen wartościowych składników, które nasz organizm może przyswoić, o ile tylko toleruje błonnik i gluten. Tolerancję na błonnik zwiększy usunięcie z diety... wyizolowanych otrębów, pełnych niezneutralizowanych składników antyodżywczych oraz nieprawidłowo przygotowanych pełnych zbóż.
Duże ilości makaronów, pieczywa wypiekanego na drożdżach, wszelkich wafli i gotowych płatków śniadaniowych to prawdziwe wyzwanie dla naszego trawienia. Pozostawmy je na okazje, kiedy potrzebujemy wygodnej i szybkiej przekąski. Na co dzień wybierajmy chleb na zakwasie bez dodatku drożdży. Kasze czy pełny ryż wieczorem zalejmy ciepłą wodą, którą odlejemy przed gotowaniem następnego dnia. Dobrze jest do namaczania dodać też trochę octu nierafinowanego lub soku z cytryny aby je nieco zakwasić. Namaczanie zbóż do momentu kiełkowania znacznie zwiększy strawność i ilość dostępnych witamin, a także częściowo rozłoży gluten. Wiele osób, mających z nim problem odkryje, że może zjeść zboża w takiej postaci. Dla wielu wrażliwców przywrócenie prawidłowej flory jelitowej i uszczelnienie śluzówki jelit sprawia, że gluten może przestać być problemem.
Wiem, że wieczorem często nie macie głowy do tego, żeby zalać wodą płatki owsiane czy kaszę, ale tak naprawdę to tylko dwie minuty więcej, a dla organizmu duża różnica. Dzięki temu mamy szansę skorzystać z bogactwa witamin i minerałów jakie oferują nam pełne ziarna.
Potraktujmy dobrze siebie i nasze zboża!

----
Żródła:
1. "Towaroznawstwo żywności" Danuta Kołożyn-Krajewska, Tadeusz Sikora 
2.  http://www.westonaprice.org/food-features/be-kind-to-your-grains
3. http://www.jacn.org/content/28/3/257.full.pdf
4. "Odżywianie dla zdrowia" Paul Pitchford