12.11.14

Dobry tłuszcz nie jest zły, czyli zapraszamy na warsztaty!

Po długiej przerwie zapraszamy na kolejne spotkanie z cyklu "intuicja i odżywianie". Tym razem skupimy się na tłuszczach i ich roli w naszym żywieniu i zdrowiu. Zapraszamy wszystkich, którzy boją się je jeść lub mają wątpliwości, które z nich są zdrowe i które wybierać do gotowania, jak również wszystkich, którzy chcą lepiej zadbać o swoje zdrowie za pomocą codziennego odżywiania nie rezygnując z dobrego smaku i czerpania radości z jedzenia. 



Na spotkaniu omówimy tematy takie jak:

- rola tłuszczów - które są nam potrzebne?
- rodzaje tłuszczów i nasze zapotrzebowanie - omega-3 vs omega-6, kwasy wielonienasycone vs nasycone
- stabilność tłuszczów - na których smażyć, które jeść na zimno?
- cholesterol - czy trzeba się go bać?
- metody pozyskiwania - tłuszcze niskoprzetworzone, rafinowane, trans
- żywienie i intuicja - co oznacza apetyt na tłuszcze?

Porozmawiamy o faktach i hipotezach, poruszymy tematy ignorowane przez media, a czasem znajdziemy się w opozycji do obecnie dostępnej w Polsce wiedzy na temat żywienia. Rozprawimy się ze stereotypami i lękami dotyczącymi tłuszczów i zastanowimy się, czy możliwe jest zdrowe i przede wszystkim smaczne odżywianie bez wielkich wyrzeczeń i nieustannej kontroli diety.

Kiedy? 18.11 g. 18:30
Gdzie? Kawiarnia Fawory, Ul. Mickiewicza 21
Za ile? Płacisz ile możesz i czujesz
Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/308729672655016/?ref_newsfeed_story_type=regular&source=1
Zapraszamy!

29.8.14

Galaretka, która leczy

Słyszę ostatnio coraz więcej o jedzeniu mięsa "nose to tail", czyli korzystaniu ze wszystkich części zwierzęcia, a nie tylko chudej tkanki mięśniowej. Nieśmiało pojawiają się przepisy na mniej popularne części jak ogon, czy podroby. Bardzo mnie ta moda cieszy z wielu powodów. Po pierwsze ze względu na fakt, że nic się nie marnuje i skoro poświęcamy zwierzę, niech każda cenna część będzie jak najlepiej wykorzystana. Druga istotna sprawa, to kwestie zdrowotne, bowiem każda część zawiera bardzo przydatne z perspektywy naszego organizmu substancje odżywcze. 



Podróżując po tak zwanych "mniej rozwiniętych" krajach, gdzie nie zaniknęły jeszcze stare zwyczaje, z ciekawością obserwuję, jak popularne jest użycie kości na zupy, podrobów, kończyn i głów, krwi, żółci i każdego innego zwierzęcego elementu. Wcale nie wynika to tylko z biedy. Ostatnio w podróży po Azji usłyszałam kilka razy, że chude mięso jest po prostu najmniej smaczne i często mając do wyboru którąkolwiek część pieczeni, żaden Azjata nie wybierze chudej piersi. Czemu więc my tak zdecydowanie ją preferujemy? Jak doszło do tego, że wszystko oprócz relatywnie ubogiej w składniki odżywcze chudej tkanki mięśniowej jest dla wielu tematem tabu? Czy to przez oddalenie się od źródeł naszego pożywienia? Czy chodzi o tłuszcze zwierzęce i wroga publicznego, cholesterol, który doczekał się już w wielu środowiskach rehabilitacji? Czy o źle rozumiane odchudzanie? Ciężko jest to zrozumieć, biorąc pod uwagę niepodważalną wysoką zawartość składników odżywczych w pomijanych częściach zwierzęcych. Przykładów jest tak wiele, że trudno je wymieniać. Tłuszcz potrzebny jest nam do przyswajania witamin i produkcji żółci, a więc trawienia. Cholesterol jest strukturalnym składnikiem każdej komórki i powstają z niego hormony płciowe. Wątróbka to prawdziwe bogactwo m.in. niezwykle cennych witamin rozpuszczalnych w tłuszczach. Wywar z kości i chrząstek zawiera chociażby minerały, żelatynę doskonale leczącą przewód pokarmowy, chondroitynę i glukozaminę - redukujące ból stawów i zapalenie - które wolimy spożywać w kapsułkach. I tak dalej.

Poszczególne części zwierzęcia mają też różny skład aminokwasowy. W tkance mięśniowej przeważa metionina, a w kościach i tkance łącznej glicyna. Tak się składa, że glicyna bierze udział w regulacji procesu zapalnego, więc istnieje możliwość, że zmniejszenie w naszej diecie udziału glicyny na rzecz metioniny, może mieć wpływ na wzmożone występowanie stanów zapalnych, które biorą udział w powstawaniu wielu współczesnych chorób. Może zatem rozwiązaniem na naszą korzyść jest nie tyle rezygnacja z produktów zwierzęcych, a zmniejszenie spożycia mięsa na rzecz innych części, chociażby wywarów z kości? Coś na ten temat mogliby pewnie powiedzieć Azjaci, którzy często zaczynają dzień od zupy. 

Dla tych, którzy na zupę nie mają ochoty, istnieją inne smaczne pomysły na zmianę aminokwasowch proporcji. Niektóre z nich mogą być nawet słodkim deserem, na przykład owocową galaretką! Tak, z żelatyny, której wiele osób bardzo się brzydzi. Żelatyna powstaje ze zwierzęcego kolagenu (który również wolimy zjadać w kapsułkach) i jest najlepszym źródłem glicyny. Jeśli macie wątpliwości co do jej pochodzenia, kupujcie wersję ekologiczną. Do przygotowania tego deseru potrzebny jest też gęsty sok własnej roboty lub ze sklepu (dostępne są już naturalne wersje bez dodatków i syropu glukozowo-fruktozowego, np. firmy Białuty), drobne owoce oraz ulubiona substancja słodząca. Sok mieszamy z żelatyną i przygotowujemy galaretkę według instrukcji na opakowaniu. Ja używałam sproszkowanej żelatyny, dodając ok 7 łyżeczek na niecały litr domowego soku porzeczkowego. Wymieszałam i odstawiłam na pół godziny. Potem zmieszałam ponownie i zagotowałam. Dodałam nierafinowany cukier, odstawiłam do ostygnięcia i przelałam do foremek w postaci plastikowych pudełeczek. Wstawiłam do lodówki i kiedy galaretka zaczęła tężeć dodałam jeżyny i maliny. Zostawiłam na noc. Słodko-kwaśne kwadraciki zajadam jako przekąskę, można też zrobić ciasto z galaretką. Smacznego!
























---
Obrazek pochodzi ze strony: http://www.timeout.com/newyork/food-drink/snout-to-tail-bbq-pork-barbecue-pig-dishes-in-nyc

16.7.14

Dobre i proste: lody!!!

Nie jestem wielką fanką słodyczy, ale kocham lody! Te w sklepie mają często imponującą listę składników, a domowe wymagają posiadania specjalnej maszyny... tak przynajmniej myślałam jeszcze dwa lata temu, dopóki nie odkryłam tej genialnie prostej metody: 

mrożone banany + orzechy

Choć do lodów można wykorzystać różne orzechy, ja przygotowuję je z moimi ulubionymi fistaszkami. Nie wiem czy wiecie, że orzeszki ziemne to tak naprawdę nie orzechy, a niesamowicie odżywcze rośliny strączkowe. Zawierają dużo białka, bardzo szczodrą ilość antyoksydantów, masę witamin (szczególnie niacyny), są też dobrym źródłem magnezu. W połączeniu z bananami robi się z lodów całkiem porządny posiłek, żadne puste kalorie!

Jeśli jeszcze ich nie próbowaliście, a macie blender lub inne porządne urządzenie miksujące, koniecznie bierzcie się do roboty. Niech słowo robota Was nie przeraża, bo to jeden z najprostszych przepisów na ziemi.






Lody bananowe z masłem orzechowym:

Składniki:
  • 3 bardzo dojrzałe banany (z czarnymi kropkami)
  • puszka prażonych orzeszków ziemnych bez soli lub 3 łyżki masła orzechowego

Wykonanie: 

Banany pokrojone w plasterki wkładamy do zamrażarki. Mrożone banany (ja wyjmuję je zanim zmrożą się całkiem "na kość") miksujemy z orzeszkami lub z masłem orzechowym. Ja zdecydowanie preferuję wersję z orzeszkami, mniej gładką i chrupiącą. Gotowe! Jakie by nie wyszło, zawsze jest dobre!

Ten przepis jest punktem wyjścia do eksperymentów. Zmieniajcie proporcje i stopień zmiksowania według własnych upodobań, użyjcie innych podprażonych orzechów, dodajcie zmiksowane lub świeże owoce, kakao, przyprawy albo może sos czekoladowy? 

W upał nie ma się co przemęczać - jedzcie lody na lunch, kto nam zabroni?!

26.6.14

Eating kills

W Warszawie króluje weganizm. Jeszcze nie tak dawno promowany tylko przez środowiska solidaryzujące się ze zwierzętami, kojarzący się smakoszom się z sojowymi podróbami o wątpliwych walorach smakowych, łączył przede wszystkim młodych i zbuntowanych. Mamy i babcie drżały przed widmem anemii i niedożywienia pociechy. Nagle wszedł na salony, nie tylko jako najbardziej etyczna ale też i najzdrowsza dieta. Szybko okazało się, że zbyt duża ilość białka jest rakotwórcza, że mięso i nabiał "zaflegmiają" organizm, a lekarstwem na całe zło jest jaglanka i zielone szejki. Na pomoc przyszła literatura i każdemu wątpiącemu można było w końcu podsunąć pod nos "Nowoczesne zasady odżywiania" Campbella i na zawsze uciszyć powtarzane z automatu pytania o niedobory. Praktycznie z dnia na dzień miłośnicy kuchni roślinnej mogli odetchnąć od namaczania w domu pestek na mleko, czy lepienia kotletów z ciecierzycy, ruszając do świeżo otwartych restauracji i burgerowni. W telewizji śniadaniowej piękne kobiety przekonują niedowiarków, że może być smacznie, zdrowo i kolorowo. Ze żyją i mają się dobrze. Znalazło się też miejsce dla bardziej radykalnych, witariańskich odłamów, które nawet zimą preferują surowiznę. I co dalej?

No właśnie, co dalej? Żyli długo i szczęśliwie? Wydawałoby się, że zdrowa dieta z modą ma niewiele wspólnego, chodzi przecież o zdrowie. Przypadek USA, za którym cały czas gonimy, ale ciągle jeszcze nie dościgamy, pokazuje, że kiedy modna dieta zagości już pod strzechą wielu Kowalskich, przychodzi czas na zmianę. Czas na zmianę również dla tych, którym dieta nie podeszła, a może nawet zaszkodziła. I jak to z modą bywa, poszło w stronę przeciwną. Fantastycznie obrazują te przemiany okładki amerykańskiego TIME'a, z roku 1984 i 2014.



W czasie kiedy u nas zaleceniem niektórych internistów dla osób chorych na serce bywa wciąż rezygnacja z masła na rzecz margaryny plus obarczone licznymi skutkami ubocznymi statyny, Amerykanie stwierdzili, że przyczyną chorób naczyniowych nie jest cholesterol, który przecież powstaje też w naszym organizmie, ale utleniacze i stan zapalny, wywoływany chociażby przez tłuszcze trans roślinnego pochodzenia. Zanim jednak wieści sięgnęły popularnych mediów, szeregi Amerykanów już przerzuciło się na diety whole foods, zajadając się mięsem, mlekiem, masłem i smalcem. Niektórzy stwierdzili, że można już wszystko, byleby było niepasteryzowane, wypasane na trawie, ekologiczne. Nawet europejscy hipsterzy zamieniają strączki na podroby. Jednak człowiek przyzwyczajony do walki o zdrowie i nieco niepewny w nowym systemie odżywiania zastanawia się - skoro to wszystko jednak zdrowe, to co jest wrogiem? Ja ustrzec się przed chorobą? Bo jakiś wróg musi być, skoro nadal chorujemy i umieramy? Jest, to on, cukier! Skoro nie białko i okryte nową sławą tłuszcze, to musi być to, co jedliśmy przed chwilą, czyli węglowodany! To przecież nie tylko biały cukier, zwany śmiercią na talerzu, ale także zboża i ziemniaki! No przecież człowiek pierwotny jadł tylko mięcho i roślinki! Kalorie już się nie liczą, niech żyje indeks glikemiczny! Ten kto szybciej uwolni cukier do systemu (oczywiście w opcji doświadczalnej, bo czy ktoś je sam suchy makaron albo ziemniaki?) ten sprawcą wszelkiego zła! Pełne zboża też są złe, bo kwas fitynowy okrada nas z minerałów, a nadmiar błonnika podrażnia żołądek i jelita. Nie wspominając już o tym, że gluten to cichy zabójca, ale to chyba wszyscy już wiemy, right?


Więc, co dalej? Długo się tak nie da, bo jajecznica na maśle i bekonie bez chlebka oraz stek z wypasanego na łące bizona z sałatą, po roku przestają już "wchodzić". Człowiek śni o chlebie i cieście, a z węglowodanów należą mu się tylko jagódki. W Stanach rodzi się więc nowy trend, którego jednym z prowodyrów jest zwykły człowiek, Matt Stone, który przez siedem lat studiował żywienie szukając dla siebie idealnej diety, będąc coraz bardziej.. chorym. Po latach nauki i syntezy informacji doszedł do wniosku, że żeby być zdrowym, trzeba jeść wszystko i dużo! Dlaczego? Ponieważ restrykcja pokarmów stężonych kalorycznie, jak również wykluczenie węglowodanów to najlepszy sposób na obniżenie metabolizmu! Organizm odkłada co może, tarczyca idzie spać, nadnercza szaleją ze stresu, bo gdzie jest cukieeeer? Przecież dla mózgu chwila bez glukozy równa się śmierci, a korzystanie głównie z procesu glukoneogenezy, czyli wytwarzania jej z aminokwasów, okazuje się być słabo wydajne i stresujące dla organizmu. Jak się uratować? Autor "Diet Recovery" podpowiada: na początek przestańcie pić tyle wody, a zacznijcie jeść sól i cukier, lody i fastfood! Duża gęstość tych pokarmów, czyli duża zawartość kalorii w posiłku, rozrusza uśpiony metabolizm, rozgrzeje zlodowaciałe dłonie i stopy i przywróci do życia ofiarę diety. Czyli, wracamy do punktu wyjścia.

Czego uczy nas powyższa historia? Czy tego, że jedzenie nie ma znaczenia? Czy tego, że nie musimy już o siebie dbać? Niektórzy zapewne potraktują to właśnie w ten sposób, ja jednak chciałam zwrócić uwagę na inna rzecz. WSZYSCY MAJĄ RACJĘ.

Tak, nadmiar białka może być bardzo szkodliwy dla organizmu, jak i jego niedobór. Ale co to znaczy nadmiar? Czy to taka sama ilość dla osoby w ciąży, po operacji, dorastającego dziecka i staruszka?

Tak, szejk z jarmużem ma mnóstwo antyoksydantów i substancji odżywczych, ale także goitrogeny hamujące pracę tarczycy. Dieta oparta na koktajlach może wychładzać organizm i powodować niedobory witamin rozpuszczalnych w tłuszczach oraz białka, również niezbędnego do detoksyfikacji.

Tak, cholesterol może zapychać Ci naczynia, ale może nie dlatego, że jesz masło, tylko dlatego, że gdy żywisz się śmieciami i żyjesz w stresie, wolne rodniki będą uszkadzać ich ścianki, a coś musi je łatać.

Tak, fast foody i słodycze są w większości pustymi kaloriami, regularne ich spożywanie spowoduje niedobory i stany zapalne dzięki chociażby tłuszczom trans. Jednak stojąc w zimowy dzień na przystanku, ważniejsze jest aby coś zjeść i dostarczyć organizmowi jak najwięcej kalorii, a nie zielonego soku.

Tak, skoncentrowane węglowodany mogą skokowo podwyższać poziom cukru, ale można je zrównoważyć w posiłku białkiem lub tłuszczem.

Tak, istnieje celiakia, można się też na gluten uwrażliwić, ale jest wiele osób, które jedzą go bez żadnych uszczerbków na zdrowiu.

Tak, żywienie się sałatkami i słupkami marchewki może zabić nasz metabolizm, ale w ciepły dzień, u osoby z normalną przemianą materii może to być idealny, lekki posiłek.

Tak, mięso może szkodzić na słaby żołądek, nabiał i cukier zatkać zatoki, surowe pokarmy zamieniać Cię w kostkę lodu. Jedzenie może zabić! Jest też niezbędne do życia.

Każdy z nas dąży do jasnych, prostych rozwiązań. Dlatego na świecie istnieje wiele diet. Ale wniosek może wielu rozczarować: jedno, uniwersalne dla wszystkich rozwiązanie nie istnieje. Obiecuję, możecie już przestać szukać. Celem jest zatrzymać się i nawiązać dialog, a nie walkę z organizmem, poznać jego słabe strony. Zdobycze nauki są cenne, tak samo jak odczucia, bo pozwalają nam dokładniej zrozumieć nasze problemy i lepiej służyć swojemu towarzyszowi - ciału. Nie możemy wyciągać ostatecznych wniosków o tym, co jest najlepsze dla człowieka, jedynie na podstawie kilku badań naukowych. Jest niezliczona ilość nierzetelnych badań i takich, które się nie sprawdziły. Moim zdaniem, najlepsza dieta obroni się sama i nie potrzebuje adwokatów. Dobrze się czujesz, masz zdrowe zęby, skórę, paznokcie, niezłe trawienie, stabilny poziom energii, jesteś wolna/y od przewlekłego bólu? Gratulacje. Nie jest tak idealnie? Staraj się wsłuchać i zrozumieć, to nie są bajki, w końcu się udaje. Nie wszystko można zmienić dietą, tak samo ważne są inne elementy stylu życia. Nie każde ograniczenie da się zlikwidować, ale zawsze można sobie pomóc. Warto przyglądać się też tradycji i starym systemom medycznym, które pokazują, że każdy pokarm w określony sposób wpływa na organizm i zmieniając proporcje w diecie można ulżyć sobie w dolegliwościach. Powyżej opisane skrajności dają nam jednak pojęcie o obszarze, w którym się poruszamy i z tych doświadczeń możemy korzystać. Jeden z nas może potrzebować mniej mięsa, drugi węglowodanów, trzeci surowizny, czwarty dań gotowanych. Właśnie na zmianie proporcji, a nie na wykluczaniu warto się skupić. Za to wszystko cenię tradycyjną medycynę chińską. Ale o tym następnym razem.

---
Okładki TIME pochodzą ze strony http://www.christopherjamesclark.com/blog/wp-content/uploads/2014/06/time-covers.jpg, a zdjęcie Ryana z fanpejdżu Paleohacks.com

17.5.14

W obronie ziemniaka

Autorytety żywieniowe grzmią: "ziemniak zły!" Podstawa polskiej diety, bohater, który przeprowadził nas kiedyś przez lata biedy, stał się narodowym wrogiem. Wartość ziemniaka zrównano z jego wysokim indeksem glikemicznym, ogłaszając, że nie jest on warzywem, tylko bezwartościowym zapychaczem, czystym węglowodanem uruchamiającym cukrowe alarmy w organizmie. W świecie, w którym wartość danego pokarmu przelicza się na wybrany element - kalorie, indeks glikemiczny lub zawartość danej witaminy - czuję potrzebę protestu i obrony tej spychanej w niebyt jadalnej bulwy.

Wszystkim tym, którzy uważają ziemniaka za wielkie zero, chciałam zwrócić uwagę na to, że:
- Po pierwsze, mimo iż nie znajdziecie kartofla wśród wymiataczy żywnościowych tabelek, to jednak  zawiera sporo witamin i minerałów oraz błonnik. Jest dobrym źródłem witaminy C, której chociaż połowę zachowa po przyrządzeniu, jeśli zjemy go od razu. Zawiera też co nieco żelaza, niacyny, witaminy B6, kwasu foliowego, potasu, manganu, jodu, beta-karotenu (im bardziej żółty tym więcej) i innych składników odżywczych, a do tego posiada całkiem niezłe moce antyoksydacyjne.
- Po drugie, nie można porównywać ziemniaka do białej mąki, bo jest on jednak, szczególnie ze skórką, pokarmem całym i nierafinowanym, w przeciwieństwie do zmielonej i pozbawionej okryw i zarodków mąki.
- Po trzecie, wysoki indeks glikemiczny ziemniaka można łatwo zrównoważyć. Przecież tradycyjnie nie jemy ziemniaków saute, tylko na przykład z masłem lub śmietaną. Dodatek tłuszczu spowoduje powolne i bardziej równomierne uwalnianie węglowodanów i zapewni poczucie sytości na dłużej, a do tego umożliwi przyswojenie beta-karotenu.

Dziś postanowiłam uczcić ziemniaka w daniu, gdzie gra pierwsze skrzypce: zapiekance ziemniaczanej. Istnieje milion wersji takiej zapiekanki i ja też przyrządzam ją różnie, w zależności od tego, co akurat znajdę w lodówce.  Ta wersja wyszła naprawdę dobra i nie zawiera mleka, śmietany,  ani skandalicznych ilości masła, więc mogą odważyć się na nią nawet ci, u których słowo "cholesterol" powoduje ciarki na całym ciele. Nie użyłam też roztrzepanych jajek, dzięki którym zapiekanka byłaby bardziej zwarta, gdyż nie miałam na nie ochoty.

Żeby danie było szybkie i proste, konieczne jest użycie dowolnego urządzenia produkującego cienkie plasterki, inaczej krojenie w taki sposób ziemniaków może być bardzo uciążliwe. Pokrojony kartofel szybciej się upiecze i będziemy mogli odpuścić sobie wcześniejsze gotowanie. Potraktujcie ten przepis jako bazę do eksperymentów. Z podanej, orientacyjnej ilości otrzymałam wypełnione do połowy wysokości naczynie żaroodporne, spokojnie można więc zwiększyć ilość składników o 50%.

Prosta zapiekanka ziemniaczana

Składniki:
  • ok 8 dużych ziemniaków
  • ok 8 dużych pieczarek
  • 1 duża cebula
  • 3 ząbki czosnku 
  • 5-6 płaskich łyżek masła klarowanego (ewentualnie zwykłego masła)
  • ok 100 g sera twardego dojrzewającego, który można pokruszyć (ewentualnie utaty parmezan)
  • zioła prowansalskie
  • sól i pieprz

Wykonanie:

1. Ziemniaki obieramy (jeśli są ekologiczne może zostawić je w mundurkach) i kroimy na cienkie plasterki. Potrzebujemy dużej miski, w której delikatnie mieszamy je z 4 łyżkami roztopionego masła, porządną ilości soli i pieprzu, dużą szczyptą ziół prowansalskich oraz odrobiną wody. 
2. W drugiej misce mieszamy podobnie pokrojone w cienkie plasterki pieczarki i cebulę wraz z posiekanym lub wyciśniętym czosnkiem i solą. 
3. Lekko natłuszczamy dno naczynia żaroodpornego i układamy warstwę ziemniaków, na nią warstwę pieczarek z cebulą i kruszymy trochę sera. Powtarzamy proces dwukrotnie. Na wierzch kładziemy ostatnią czwartą warstwę ziemniaków i rozprowadzamy resztę masła i sera.
4. Pieczemy pod przykryciem w średniej temperaturze. Dodatek niewielkiej ilości wody powinien ułatwić gotowanie ziemniaków. Sprawdzamy zapiekankę próbując zewnętrznego plasterka. Jeśli jest prawie gotowy, odkrywamy naczynie i pieczemy jeszcze chwilę aż płyn nieco odparuje, a wierzch nabierze rumieńców. 




Zapiekankę podałam z prostą sałatą skropioną oliwą, sokiem z cytryny i posypaną solą i pieprzem. Potrawa może nie jest wizualną królową balu, ale zajadaliśmy się nią bez opamiętania. Ziemniaku, lubię Cię.

24.4.14

It's alive!

Lekkie obyczaje wracają po długiej przerwie! W międzyczasie dużo się działo, były wesela i kryzysy, pożegnania i powitania, czas poszukiwania i zbierania sił. Była półroczna wędrówka po Azji i powót do domu. Witajcie ponownie!

8.6.13

Zapraszamy na drugi wykład: Intuicja i odżywianie. Sygnały z organizmu a zapotrzebowanie na składniki odżywcze.

Zapraszamy serdecznie na drugi z serii wykładów na temat intuicji w odżywianiu. Naszym celem jest zaopatrzenie zainteresowanych w podstawową wiedzę i narzędzia umożliwiające codzienne podejmowanie mądrych wyborów żywieniowych z uwzględnieniem sygnałów płynących z organizmu. 
Staramy się uświadomić uczestnikom wykładów, że głód, zachcianki, czy tak zwany gust to często sposoby organizmu na komunikowanie swoich potrzeb. Sygnały te jednak ciężko jest zidentyfikować lub rozróżnić te, których zaspokojenie będzie dla nas korzystne.
Podczas pierwszego spotkania skupiliśmy się na rozróżnieniu produktów nieprzetworzonych i przetworzonych, oraz ich wpływu na intuicję. Tematem bieżącego spotkania będzie zapotrzebowanie na konkretne składniki odżywcze i próba zrozumienia sygnałów świadczących o ich niedoborach lub nieodpowiednich proporcjach. Będziemy poruszać tematy często ignorowane przez media, chwilami znajdziemy się w opozycji do obecnie dostępnej w Polsce wiedzy na temat żywienia, która nie daje odpowiedzi na wiele aktualnych problemów zdrowotnych.

Podczas spotkania poruszymy takie tematy jak:
- rola białek, węglowodanów i tłuszczów; jakie są ich odpowiednie proporcje i związane z nimi problemy i mity
- kiedy intuicja działa na naszą korzyść
- problemy związane z popularnymi dietami
- najczęściej występujące niedobory witamin i składników mineralnych i sygnały ich występowania
- analiza popularnych problemów zdrowotnych w kontekście niedoborów różnych składników odżywczych
- przyczyny apetytu na cukier i sól
- stres i jego wpływ na zdrowie oraz zapotrzebowanie składników odżywczych
- suplementy – ważne uzupełnienie diety, czy niepotrzebny wydatek?

Zapraszamy wszystkich, którzy chcą zwiększyć swoją świadomość na temat odżywiania, lepiej zadbać o swoje ciało, lub czują, że ich obecny sposób odżywiania nie spełnia wszystkich potrzeb organizmu.

Termin: 12.06 godz. 19:00

Miejsce: Kawiarnia Fawory (facebook.com/kawiarniafawory), ul. Mickiewicz 21, Warszawa

FB: https://www.facebook.com/events/554149974628058/

Koszt: 15 zł

21.4.13

It's ok to be ... weak

Czy Ty też jesteś superbohaterem? Umiesz dużo i dobrze pracować, dużo i dobrze bawić się, zajebiście wyglądać i pachnieć, ugotować zajebisty obiad, pamiętać o wszystkich urodzinach i terminach, dobrze się czuć, uprawiać sport, mieć porządek w domu, zwiedzać galerie, chodzić do kina, i w międzyczasie jeszcze uprawiać zajebisty seks? To zupełnie jak my wszyscy! Przynajmniej tak to wygląda, jeśli wnioskować po pobieżnych pogawędkach w knajpie. A może jednak czujesz, że wszystko sypie Ci się z rąk, praca wysysa z Ciebie wszystkie soki, nie masz czasu dobrze zjeść, w domu bezsensownie gapisz się w ekran komputera, na imprezie masz ochotę ułożyć się na kanapie i odlecieć, sen jest za krótki, a kac zabija bardziej niż by to wynikało z opowieści innych?

Mam wrażenie, że nadużywanie siebie i swojego ciała stało się naszą współczesną chlubą. Opowieści o tym,     że w pracy jesteśmy tak potrzebni i zajęci, że przy dużym szczęściu zdążymy co najwyżej wciągnąć jakiś szybki lunch przy biurku, o tym ile udało nam się w jeden dzień załatwić, jak to jemy cokolwiek się nawinie i nic nam nie jest, jak to zajebiście "dajemy radę" bo wszystko co trzeba ogarniamy sami, bez niczyjej pomocy. Z politowaniem, a może nawet złością patrzymy na tych, co nie ogarniają, spóźniają się, są rozkojarzeni, zapominają być politycznie poprawni, noszą plamę po obiedzie na spodniach, zostają w tyle, kiedy my się spieszymy, nie słyszeli o najciekawszych i najważniejszych faktach i wydarzeniach, a co najgorsze nie imponują im nasze poświęcenia!



Czy ktoś zastanawiał się, dla kogo właściwie dajemy radę? Dla siebie czy dla innych? A może jest już to zwykły automatyzm, który nie przynosi korzyści nikomu? Gdyby tak od dziś postawić na głowie nasze przekonania i pomyśleć:

- jest ok czasem być słabym
- jest ok czasem prosić o pomoc
- jest ok potrzebować na coś więcej czasu niż inni
- jest ok odmawiać, kiedy coś nam nie służy
- jest ok zrobić coś inaczej niż wszyscy, jeśli taka jest moja potrzeba
- jest ok przyznać się do błędu lub porażki
- jest ok o czymś zapomnieć
- jest ok czegoś nie umieć
- jest ok czasem być zmęczonym
- jest ok być delikatną osobą
- jest ok być zależnym od innych.

Masz prawo zadbać o siebie i swoje ciało, dać sobie czas i luz. Masz prawo zażądać w pracy prawdziwej przerwy na lunch. Masz prawo odmówić zrobienia czegoś, co jest niezgodne z Twoimi przekonaniami. Masz prawo odmówić jedzenia czegoś, po czym źle się czujesz. Masz prawo iść wcześnie spać. Masz prawo do błędów i zmiany przekonań. Masz prawo spełniać swoje marzenia! Proszę, przestańmy udawać superbohaterów. Nie od tego zależy nasza wartość. Pozbądźmy się tego, co nas niszczy, żeby znaleźć czas i energię na robienie tego, czego pragniemy. Żeby znaleźć czas na głębokie relacje z bliskimi, przyjaciółmi i samym sobą, żeby im móc powiedzieć TAK. Wspierajmy tych, którzy tak robią. Budujmy siłę, żeby robić wielkie rzeczy, a nie siłę, żeby wytrzymywać cierpienie. To naprawdę nie musi być głównym powodem do dumy. O tym przypominam sobie codziennie i tego również Wam życzę!

---
obrazek: http://www.etsy.com/listing/99665676/im-fine-zombie-shirt

16.4.13

Zboża - samo zdrowie?

Zboża to według oficjalnej piramidy żywieniowej podstawa diety - produkty, które powinny znaleźć się na naszym talerzu każdego dnia. Osoby zainteresowane zdrowym odżywianiem, coraz częściej sięgają po pełne kasze, brązowy ryż, otręby oraz chleb razowy. Dlaczego produkty pełnoziarniste są uważane za zdrowsze niż te przetworzone i czy na pewno wystarczy je jeść, żeby cieszyć się dobrym zdrowiem? Zanim odpowiem na to pytanie, przyjrzyjmy się schematycznej budowie ziarna, w której rozróżnione są trzy podstawowe warstwy:.
źródło: http://www.earnestholistichealth.com/

- Okrywa czyli łuska to zewnętrzna ochronna warstwa nasion. Ta część to tak zwane otręby, które zawierają najwięcej błonnika, minerałów i witamin, szczególnie z grupy B
- Bielmo - magazyn kalorii dla zarodka. Zawiera przede wszystkim skrobię i stanowi główny składnik białej mąki
- Zarodek - wewnętrzna warstwa, źródło białka, dobrego tłuszczu, składników mineralnych i witamin

Podczas otrzymywania białej mąki, oddzielane są otręby i zarodki - źródła witamin, minerałów, błonnika, białka i dobrego tłuszczu. Pozostaje głównie skrobia i niewielkie ilości witamin. Doskonałą całość, stworzoną przez naturę, podczas mielenia w wysokich temperaturach rozdziela się na części. Spożywając chleb, wypieki i bagietki z białej mąki zapewniamy sobie niewiele więcej ponad kalorie. Taka mąka powoduje szybki wzrost cukru we krwi i zmusza trzustkę do skokowej produkcji insuliny.
Aby zadbać o zdrowie, osoby bardziej świadome starają się uzupełniać dietę o ... ciężkostrawne otręby, syntetyczne witaminy, ekstrahowane oleje, czy zarodki pszenne, które łatwo ulegają jełczeniu.Czyli wszystko to, czego dostarczyłoby nam pełne ziarno. Dodatki te przy dużym spożyciu białej mąki są konieczne, żeby dostarczyć sobie wszystkich brakujących składników. Trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że aby strawić i przyswoić oczyszczone węglowodany organizm musi wykorzystać wewnętrzne rezerwy witamin i minerałów!

Wydaje się, że w takim razie wystarczy wypełnić szafki razowym makaronem i chlebem, brązowym ryżem i kaszami i zapomnieć o problemie? To właśnie obiecują oficjalne zalecenia żywieniowe. Jak okazuje się w praktyce, osoby, które tak właśnie zrobiły, nie zawsze cieszą się dobrym zdrowiem. Wiele osób na diecie opartej na nierafinowanych zbożach ze zdziwieniem odkrywa, że problemy trawienne zamiast zniknąć nasilają się. Źle reagują oni na razowe produkty czy też odkrywają u siebie słabą tolerancję glutenu. Czy coś przeoczyliśmy?

Zboża są składnikiem tradycyjnych diet i można powiedzieć, że ich uprawa umożliwiła rozwój cywilizacji. Jedzone są na całym świecie, w nieskończonej ilości gatunków i konfiguracji. Wśród tradycyjnych plemion, które nie znały rafinowanych ziaren i cieszyły się dobrym zdrowiem, możemy wielokrotnie zaobserwować przeróżne staranne metody przygotowywania ich do konsumpcji takie jak fermentacja, kiełkowanie czy namaczanie. Czy oni wiedzą coś, czego my już nie rozumiemy?

Ziarno zboża to nasionko wyposażone w prowiant na początek życia. Zamknięte w tym pakiecie, chronione przez łuskę, może czekać na odpowiednie warunki do kiełkowania. Do tego potrzebny jest czas, ciepło, wilgoć i lekko kwasowe środowisko. Zanim takie warunki zostaną zapewnione, ziarno jest wyposażone w składniki, które uniemożliwiają wykiełkowanie. Nazywane są składnikami antyodżywczymi. Dlaczego? Ponieważ ta naturalna ochrona ziarna w skuteczny sposób uniemożliwia nam jego strawienie.  Regularne porcje nieodpowiednio przygotowanych pełnych zbóż to dla naszego organizmu trudny orzech do zgryzienia. Zawierają m.in. inhibitory enzymów i kwas fitynowy, który wiąże się z cynkiem, wapniem, magnezem, żelazem i miedzią i blokuje ich przyswajanie z jelit. Drastyczny niedobór cynku poznano na ubogich społecznościach Bliskiego Wschodu, które żywiły się głównie niefermentowanym pieczywem w postaci placków.

Wszyscy wiedzą, że chleb na zakwasie jest zdrowszy, mało kto jednak zastanawia się dlaczego. To właśnie dzięki powolnej fermentacji rozkładany jest kwas fitynowy i neutralizowane inhibitory enzymów. Prawdziwy razowy chleb jest pełen wartościowych składników, które nasz organizm może przyswoić, o ile tylko toleruje błonnik i gluten. Tolerancję na błonnik zwiększy usunięcie z diety... wyizolowanych otrębów, pełnych niezneutralizowanych składników antyodżywczych oraz nieprawidłowo przygotowanych pełnych zbóż.
Duże ilości makaronów, pieczywa wypiekanego na drożdżach, wszelkich wafli i gotowych płatków śniadaniowych to prawdziwe wyzwanie dla naszego trawienia. Pozostawmy je na okazje, kiedy potrzebujemy wygodnej i szybkiej przekąski. Na co dzień wybierajmy chleb na zakwasie bez dodatku drożdży. Kasze czy pełny ryż wieczorem zalejmy ciepłą wodą, którą odlejemy przed gotowaniem następnego dnia. Dobrze jest do namaczania dodać też trochę octu nierafinowanego lub soku z cytryny aby je nieco zakwasić. Namaczanie zbóż do momentu kiełkowania znacznie zwiększy strawność i ilość dostępnych witamin, a także częściowo rozłoży gluten. Wiele osób, mających z nim problem odkryje, że może zjeść zboża w takiej postaci. Dla wielu wrażliwców przywrócenie prawidłowej flory jelitowej i uszczelnienie śluzówki jelit sprawia, że gluten może przestać być problemem.
Wiem, że wieczorem często nie macie głowy do tego, żeby zalać wodą płatki owsiane czy kaszę, ale tak naprawdę to tylko dwie minuty więcej, a dla organizmu duża różnica. Dzięki temu mamy szansę skorzystać z bogactwa witamin i minerałów jakie oferują nam pełne ziarna.
Potraktujmy dobrze siebie i nasze zboża!

----
Żródła:
1. "Towaroznawstwo żywności" Danuta Kołożyn-Krajewska, Tadeusz Sikora 
2.  http://www.westonaprice.org/food-features/be-kind-to-your-grains
3. http://www.jacn.org/content/28/3/257.full.pdf
4. "Odżywianie dla zdrowia" Paul Pitchford

14.4.13

Jak jeść zdrowo i korzystać z intuicji? Zapraszamy na wykład i dyskusję!


Spotkanie jest wstępem do tematu intuicji w odżywianiu. Zapraszamy wszystkich, którym zależy na dobrym życiu i zdrowiu, którzy chcą dobrze się odżywiać, jednak nie lubią narzucać swojemu organizmowi określonego rygoru diety. Czy masz wrażenie, że Twoje ciało codziennie daje Ci sygnały, ale nie wiesz, jak je dobrze odczytać? Na tym, oraz kolejnych spotkaniach będziemy budować świadomość i wiedzę, jak nauczyć się dostarczać organizmowi składników, których potrzebuje na danym etapie życia.

Podczas pierwszego spotkania podejmiemy tematy:
- Dlaczego nie istnieje jedna dieta idealna?
- Jakie są wspólne cechy diet tradycyjnych?
- Jak kierować się intuicją w zdrowym żywieniu?
- Jak zrozumieć zachcianki?
- Żywność przetworzona vs intuicja
- Jak produkty przetworzone wpływają na zdrowie?
- Jak robić zakupy, aby jeść dobrze i zdrowo?

Będzie to pierwsze z cyklu czterech spotkań poświęconych zdrowemu żywieniu i intuicji.

Miejsce: Kawiarnia Fawory
Warszawa, ul. Mickiewicza 21
Data: Wtorek, 16.04, godz. 19:00
Facebook: https://www.facebook.com/events/582979588393084/

Wstęp wolny! Zapraszamy!

8.4.13

Prosta i pyszna zupa cebulowa

Martwy sezon na warzywa trwa, tymczasem mój organizm, którego zachcianki staram się zrozumieć i uszanować, znienacka zapragnął zupy... cebulowej. To miło z jego strony, bo jak wiadomo, Polska cebulą stoi i jest to chyba najtańsza opcja zupowa o tej porze roku. Ostatni raz jadłam cebulową... no właśnie, nie pamiętam kiedy. W szale wymyślania coraz to nowszych przepisów, zapominam o najbardziej oczywistych rozwiązaniach. Poza tym, szczerze mówiąc, aż do wczoraj zupa ta wydawała mi się mało ekscytującą opcją. Cebulowa breja? Może innym razem. Brzuch jednak wiedział swoje i o rany wiedział dobrze!
Nadwyrężony testowaniem nowych przepisów zapragnął czegoś prostego i leczniczego. Tak jest, dobrze ugotowana cebula na domowym bulionie i dobrym tłuszczu to jeden z najlepszych sposobów na uspokojenie podrażnionego przewodu pokarmowego - w aptece nie znajdziecie niczego lepszego.



Przepisu właściwie nie będzie, bo sprawa jest prosta. Potrzebujemy 3 bazowych składników:
1. dobrego bulionu własnej roboty
2. dobrego tłuszczu (masło klarowane + np.oliwa z oliwek)
3. cebuli

Zachęcam bardzo i pewnie jeszcze nie raz będę zachęcać do gotowania własnego bulionu raz w tygodniu. Warto jest przygotować dobre półprodukty w leniwą niedzielę i robić na takiej bazie szybkie dania w ciągu tygodnia. Ja najczęściej przygotowuję bulion z wiejskiego kurczaka kupionego na bazarku (zachęcam też do kupowania na bazarach!) i po oddzieleniu udek i piersi, długo gotuję wywar na reszcie kurczaka. Im dłużej, tym lepiej - u mnie ok 3 godzin. Tak przygotowany bulion zawiera mnóstwo minerałów i innych cennych składników, które przegonią chorobę i uleczą przewód pokarmowy. Wegetarian zachęcam do gotowania wywaru warzywnego z wodorostami, które dostarczą potrzebnych minerałów. Bulion gotujemy w weekend w największym garnku, jaki mamy w domu, przelewamy do słoików, chowamy do lodówki i przez cały tydzień używamy do przygotowania szybkich zup, sosów czy risotto.

Wracając do zupy dnia - całym sekretem jest powolne duszenie cebuli. W garnku rozgrzewamy obfitą ilość tłuszczu (koniecznie masło!), wrzucamy pokrojoną w paski cebulę (nie trzeba się szczególnie starać przy krojeniu, zbyt drobna kostka nie jest wskazana) i przez chwilę podsmażamy. Przykrywamy garnek i dusimy na małym ogniu przez 15 min, od czasu do czasu mieszając. Dodajemy łyżeczkę soli morskiej lub kamiennej i dusimy kolejne pół godziny. Co jakiś czas mieszamy. Po tym czasie dodajemy gorący bulion, trochę soku z cytryny i gotujemy pod przykryciem przez kolejne pół godziny. Kiedy cebula jest cudownie miękka i aromatyczna, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Gotowe!

Oryginalne przepisy na zupę cebulową wymagają większej ilości składników, chociażby białego wina i parmezanu, ale uwierzcie mi, nawet jeśli nie macie ich pod ręką, ta zupa i bez tych dodatków jest naprawdę wspaniała.

1.4.13

Wywoływanie wiosny... rzeżuchą

Wiosna nie nadchodzi, a mi coraz bardziej chce się czegoś świeżego i zielonego. Z pomocą przyszła mi stara dobra rzeżucha - najprostszy na świecie projekt pt. zrób to sam. Dlaczego sianie rzeżuchy jest dobre dla ciała i ducha? Ponieważ  jedzenie własnej produkcji smakuje najlepiej... Ponieważ będzie to zupełnie niechcący uprawa 100% ekologiczna... Ponieważ pięknie wygląda na parapecie... Ponieważ rzeżucha to samo zdrowie... Jest dobrym źródłem białka, żelaza, wapnia, jodu, kwasu foliowego, witamin A i C. Lekko gorzka, doskonale wspomaga trawienie. Znana była już w starożytnym Egipcie, a dzięki niezliczonym właściwościom leczniczym, jej liście i nasiona używane są w ajurwedzie. Nie wierzycie? Przeczytajcie sami. Jako członek swojskiej rodziny kapustnych może również pochwalić się działaniem antynowotworowym. Te skromne listki są niedocenionym dodatkiem do sałatek, zup, kanapek, szczególnie w okresie przedwiośnia, kiedy do wyboru mamy głównie plastikowe sałaty faszerowane azotanami.



Mam nadzieję, że to Was przekonało, żeby wykonać swój pierwszy wiosenny projekt... Potrzebne jest niewiele:
- nasiona rzeżuchy, do kupienia na bazarkach, w warzywniakach, sklepach ogrodniczych
- lignina, do kupienia w aptece
- naczynie, a najlepiej dwa - płaski i głęboki talerz

Nasionka wsypujemy do szklanki z niedużą ilością wody. Na płaskim talerzu kładziemy głęboki talerz do góry dnem. Tniemy ligninę na pasy mniej więcej szerokości talerza, moczymy w wodzie i układamy warstwę, tak żeby przykryć całą powierzchnię talerza. Rozsmarowujemy nasionka na wilgotnej ligninie. Zostawiamy w zacienionym miejscu do wykiełkowania. Potem stawiamy na parapecie. Voila.

Obiecuję, że rzeżucha urośnie, jeśli tylko będzie często podlewana - nie można dopuścić do tego, żeby lignina wyschła. Z jedzeniem poczekajcie aż listki porządnie wyrosną, wtedy będą mieć więcej wartości odżywczych. Moja rzeżucha na zdjęciu potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale już jest piękna! Chleb własnego wypieku z masłem, solą i rzeżuchą podawany z warzywami gotowanymi na parze i jajkiem na miękko to mój hit śniadaniowy przedwiośnia. Enjoy!

7.3.13

Zrób to sam - masło klarowane

Jedną z moich największych przyjemności w gotowaniu jest własnoręczne przygotowanie półproduktów.
Kiedy się udają, czuję że mogę wszystko :) Ich jakość bije na głowę produkty sklepowe, a do tego więcej kasy zostaje w portfelu. Często banalne w wykonaniu, wymagają jedynie czasu, który wolimy poświęcić na odświeżanie facebooka, a potem nerwowe poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Domowe przetwory, masło, chleb, mąka, ser, zioła są doskonałą bazą do przygotowania prostych potraw. Często są tak pyszne, że nie wymagają prawie żadnych dodatków, a kromka domowego chleba z masłem lub oliwą staje się rewelacją dnia. Ze słoika domowego sosu dyniowego skonstruujemy danie w 15 minut, a własnoręcznie zrobione pesto będzie świetnym dodatkiem do ryby, makaronu czy kanapki. Jeśli odpuścimy sobie pęd za kolejnymi sprawami do załatwienia i damy luz, czas i przestrzeń na ich przygotowanie, może stać się to jedną z ulubionych rozrywek i dać korzyści zdrowotne porównywalne z medytacją :)


Biorąc więc sprawy w swoje ręce, zacznijmy dziś od prostej czynności klarowania masła. Znane przede wszystkim fanom kuchni indyjskiej pod nazwą ghee, jest również polskim produktem tradycyjnym, o czym zawsze przypomina mi zwrot "jak pączek w maśle". Jak każdy Kowalski wie, smażenie w wysokich temperaturach nie wychodzi nam na dobre (tak jak użycie każdego oleju rafinowanego, o czym już nie każdy  wie, ale to inna historia...) Podsmażyć np. cebulę do sosu spokojnie możemy na oliwie z oliwek. Kiedy jednak bez dużego smażenia się nie obejdzie, zamiast oliwy możemy użyć klarowanego masła. Dlaczego? Masło składa się głównie z tłuszczy nasyconych, które to są najbardziej stabilne ze wszystkich rodzajów tłuszczu, a także w najmniejszym stopniu ulegają jełczeniu. Poprzez klarowanie pozbawiamy masło pochodzących z mleka substancji stałych. Dzięki temu temperatura dymienia rośnie z ok. 170 stopni do około 200-250 stopni i możemy bardziej bezpiecznie smażyć unikając zajadania się rakotwórczą akroleiną. Kiedy siedząc w knajpie typu makaron z woka czujemy gryzący dym, możemy być pewni, że to właśnie ona, swego czasu używana nawet jako gaz bojowy...Klarując masło możemy za to zakochać się w aromacie kojarzącym się ze świeżo upieczonymi croissantami bez przyjemności raczenia się zjełczałą pszenną mąką ;)



Kiedy już bierzemy się za wytworzenie tego cuda, naprawdę warto zainwestować w masło ekologiczne, ponieważ wiele rodzajów pestycydów i dioksyny są rozpuszczalne w tłuszczach i tam właśnie się kumulują.
Wykonanie jest banalne, wymaga jednak uwagi i cierpliwości. Potrzebne jest nam jedynie masło i gaza czy też pielucha tetrowa.
Dwie kostki masła kroimy na mniejsze kawałki i delikatnie roztapiamy, często mieszając, najwygodniej w rondlu z grubym dnem. Ja z braku dobrego rondla robię na patelni, jednak ciężko jest później przelewać płyn. Kiedy masło się roztopi i zaczyna się gotować, szybko przykręcamy ogień na najmniejszy z możliwych, tak aby masło tylko lekko bulgotało. Stopniowo powstaną nam trzy warstwy: na wierzchu będzie zbierać się biała piana z wytapiającej się wody, wewnętrzna złocista warstwa to właśnie płynny tłuszcz, natomiast na dnie będą osadzać się złotobrązowe kryształki - białkowa część pochodząca z mleka. Kiedy piana będzie się zagęszczać, zbieramy ją łyżką. Cały czas musimy być w pobliżu i sprawdzać, czy kryształki na dnie nie zaczynają się przypalać wydając skwierczące odgłosy smażenia. Jeżeli je przypalimy, masło jest stracone. Można delikatnie poruszać rondlem, żeby tego uniknąć. Klarowanie może trwać około pół godziny albo i dłużej i w tym czasie musimy pilnować kuchenki. Kiedy masło przestanie bulgotać i ma piękny złocisty kolor, wyłączamy ognień i pozostawiamy na chwilę do wystygnięcia, a następnie cedzimy  przez gazę do naczynia nie wykonanego z plastiku. Świetnie sprawdza się tu zwykły suchy i czysty słoik z szerokim otworem. W maśle nie powinny znaleźć się żadne brązowe resztki substancji stałych.

Jako 100% tłuszcz masło klarowane dobrze się przechowuje, trzymane w lodówce będzie miało konsystencję stałą.Ghee wzmacnia, rozgrzewa, poprawia wchłanianie pożywienia i dobrze goi stany zapalne przewodu pokarmowego. Dodanie odrobinę na jabłka upieczone z cynamonem dostarcza orgazmicznych wrażeń...Masła nie trzeba się bać, w przeciwieństwie do rafinowanych olejów roślinnych dostępnych w każdym sklepie. Ze względu na cholesterol ghee nie jest polecane osobom z chorobami krążenia, jednak dla osób odżywiających się dużą ilością nieprzetworzonych pokarmów pochodzenia roślinnego może być wartościowym dodatkiem do diety. Umiar i różnorodność to podstawa dobrego żywienia!

5.3.13

Za daleko od natury

Coraz bardziej uświadamiam sobie, w jak wielu aspektach odeszliśmy od natury i jaki ma to na nas wpływ. Nasze ciała i umysły codziennie dają nieśmiało znać - zabierz mnie na spacer, poruszaj mną, daj mi świeżego powietrza, wrzuć we mnie warzywo. A my się odwracamy, odcinamy, ignorujemy. No i co? Albo warczymy na wszystko, co nam przeszkadza ("Jak ten koleś jeździ! Idiota!" "Niech ta Pani przestanie się rozpychać na siedzeniu! Gruba taka!"), albo na naszych plecach kamień można rozłupać, bo tak jesteśmy spięci. Jeśli tak długo ciągniemy, to prędzej czy później zaczynamy być smutni, rozdrażnieni i zmęczeni.
Pewnie już każdy słyszał te kuriozalne anegdoty opisujące dzieci, które nie mają pojęcia skąd bierze się miód, ogórek, czy mleko. A ja dobrze pamiętam, że w naszym prl-owskim przedszkolu na podwórku był warzywnik i hodowaliśmy sami marchewkę, kapustę i bóg wie co jeszcze. Robiliśmy zielniki, uczyliśmy się nazywać drzewa i rośliny. Kolejna szokująca sytuacja spotkała mnie w sklepie spożywczym, gdzie pan kasjer nie wiedział, co to jest cukinia i jak się to je. I nikogo to nie dziwi, że wcinam batonika w pazłotku, ale jeśli delektuje się surową marchewczką czy kalafiorem, to wszyscy patrzą się, jakbym co najmniej pupę pokazywała publicznie. Ech...

obrazek z Adbusters #84

Co zrobić, by tak nie robić, czyli poradnik dla mieszczuchów:
1. Zamień samochód/autobus/etc. na rower lub chodź, chodź, chodź, jak najwięcej. Mów sobie: winda - nie dla mnie, schody ruchome - nie dla mnie. Wysiadaj przystanek wcześniej i spaceruj. Robi się coraz cieplej, więc bez wymówek!
2. Kup sobie fajne, zielone roślinki. A może w końcu posiej coś sam! Ha, ale perwersyjna myśl. :) Polecam rzeżuchę, bo ta wyrośnie nawet chyba na kamieniu :) Ale tak - widok zieleni i kolor zielony nas uspokaja, wycisza i jest na to tona badań, choć na chłopski rozum - 1000 lat temu żyliśmy w lesie i coś (chyba nawet sporo) nam z tego zostało, że wśród zieleni czujemy się bezpiecznie, a mieście nie do końca.
3. Raz w tygodniu (co najmniej) idź na dłuuuugaśmy spacer np. do parku. Tak do PARKU, to taki las dla mieszczuchów. Wciągaj w to bliskich. Nie ma nic przyjemniejszego na spacerze, niż dobrze towarzystwo. Polecam też ogrody botaniczne i zoo. Albo nawet wyjazd na jeden dzień poza miasto. Ach szalejemy!
4. Regularnie wietrz mieszkanie - Uwaga! to opcja dla na prawdę leniwych.
5. Unikaj mocno przetworzonych produktów - zrób coś od podstaw. Pomyśl jeszcze 20 lat temu to Twoja mam suszyła makaron i lepiła pierogi i co? Smaczne były? Znajomi znajomych nawet uwarzyli sami piwo i bawili się przy tym wyśmienicie.
6. Unikaj używania zbyt dużej ilości chemii w domu. Płyn do mycia naczyń, pasty do zębów, proszki, domestosy i inne shity można zastąpić przyjaźniejszymi produktami. Wystarczy szare mydło, pasta szałwiowa, orzechy piorące, sól, ocet i OMG cudowny sok z cytryny. Niektóre ubrania nawet można przewietrzyć - nie trzeba od razu do pralki.

To tylko kilka przykładów, jak połączyć się na nowo z naturą. Znajdź swój sposób i nie daj się miastu!

18.2.13

Jaka jest Twoja etykietka?

Ponieważ wszyscy bez wyjątku jemy, każdy z nas ma swój określony pogląd na temat żywienia.
Wielu z nas decyduje się na konkretny rodzaj diety, która w danym momencie ma być dla nas jedynym słusznym rozwiązaniem na drodze do zdrowia i dobrego samopoczucia. Wielu innych twierdzi, że dietą nie zawraca sobie głowy, bo chce jeszcze "pożyć". Niektórzy mówią, że nie mogą żyć bez mięsa albo słodyczy, inni, że produktów pochodzenia zwierzęcego nigdy nie wezmą do ust, a jeszcze inni, że produkty zbożowe to samo zło. Jednocześnie słyszymy o przypadkach niesamowitych efektów każdej z możliwych diet, tak samo jak i o osobach, które ich próbowały bez żadnego rezultatu.
Sama wiem coś  na ten temat - przechodziłam przez różne etapy zdrowego odżywiania, serwując sobie po drodze określone nakazy i zakazy. W moich teoriach wzmacniał mnie fakt, że dzięki zmianom w diecie wychodziłam z trudnej choroby przewlekłej i czułam się coraz lepiej. Czy jest to jednak jedyny sposób na osiągnięcie dobrego zdrowia?
Zastanówmy się, jak wpływa na nas etykietka określająca naszą dietę? Czy nie jest tak, że sami narzucamy sobie ograniczenia i teorie, których potem codziennie musimy bronić przed sobą i innymi i uzasadniać je wszystkim dookoła? Jaki staje się nasz stosunek do pokarmów, które nasza dieta wyklucza? Czy nie zaczynamy się ich bać? Jak smakuje zakazany owoc? Jak się czujemy jeśli świadomie lub niechcący go zjedliśmy? Jaki jest nasz stosunek do innych, którzy nigdy nie jedzą najlepszego według nas jedzenia?
Co by się stało, gdybyśmy na chwilę pozbyli się wszystkich etykietek? Czym wtedy stałby się akt jedzenia?
Albo pozostawili jedną - "jem to co mnie odżywia". Za tym określeniem może kryć się wiele - odżywiać może mnie na przykład to, co smaczne, naturalne, nieprzetworzone, pełnowartościowe, po czym dobrze się czuję, nie przyczyniające się do cierpienia innych albo wyprodukowane w sposób etyczny. Dla każdego będzie to trochę co innego, ale nasz cel będzie wspólny - jem to, co dla mnie dobre.
To, co mi służy, może zmieniać się z czasem tak, jak zmienia się mój organizm, pora roku, otoczenie, warunki życia. Ograniczenia usztywniają światopogląd, zabierają z naszego życia radość i spontaniczność, powodują poczucie winy, kiedy je przekraczamy. Uszanujmy poglądy innych i cieszmy się razem z jedzenia tego, co dla nas dobre!



Jak jeść z radością i na zdrowie oraz zapomnieć o etykietkach?

- Obserwuj reakcje swojego organizmu. Pamiętaj, że on nie kłamie. Po jakim jedzeniu czujesz się dobrze i lekko? Po którym posiłku masz ochotę do życia, a po którym chcesz zapaść w sen zimowy?
- Przygotowuj proste, naturalne potrawy, tak żeby łatwo było Ci rozpoznać reakcję na konkretne pokarmy i poznać swoje zapotrzebowanie.
- Nie ignoruj swoich zachcianek żywieniowych ale również nie daj się im ponieść na ślepo. Zastanów się, jaką informację organizm chce Ci przekazać, czego może potrzebować? Czy Twoje ciało potrzebuje frytek z głębokiego tłuszczu, czy może woła o dobrej jakości oleje? Czy ma zapotrzebowanie na batoniki, czy może szuka pełnowartościowych węglowodanów, które dostarczą energii do życia?
- Zamień pytanie "czego nie mogę jeść" na "jak wprowadzić do diety więcej dobrych produktów, które mi służą?"
- Zainteresuj się jakością tego co jesz, dowiedz się skąd pochodzi Twoje jedzenie, jak było wyprodukowane, co do niego dodano. W miarę możliwości jedz to, z czym czujesz się dobrze.
- Jeśli zdecydowałeś się na konkretne danie, nie poddawaj już w wątpliwość swojej decyzji tylko delektuj się nim.
- Traktuj własne ciało jak Twoją świątynię.  Jedną na całe życie. Jak mogę dać mu to, co najlepsze? Jak mogę je pokochać, lepiej o nie zadbać, budować je, rozpieszczać?
- Przygotowuj dania piękne, kolorowe, które cieszą oko i budują apetyt na życie.
- Jedz powoli i ciesz się każdym kęsem.
- Przygotowuj wspólne posiłki, zapraszaj gości, jedz w dobrym towarzystwie. Takie jedzenie karmi podwójnie i nie mówię tu o kaloriach...
Zacznij od razu, małymi kroczkami. Daj sobie czas i przestrzeń na zmiany. Trzymam kciuki!

---
ilustracja pochodzi ze strony http://www.mairakalman.com/

14.2.13

Sabat dziewczyński

Spotkanie, taka prosta rzeczy, czyżby? Osobiście przez trzy lata spotkałam masę ludzi, już większości imion nie pamiętam, twarze zlały się w jedno. Nie, żeby to nie byli super ludzie, tylko było ich za dużo. Poza tym, co to za spotkanie - impreza? Wszyscy już w konkretnym stanie, w tym ja. Muzyka głośno i trzeba się przekrzykiwać. Small talki królują, a ty jak ta zdarta płyta za każdym razem: "Tak teraz pracuje w ....", "Nie no chłopak już inny...", Tak mieszkam cały czas w tym samym miejscu." Przyznam to był niezły fun i uwielbiałam cały ten zgiełk, jednak ostatnio potrzebuję czegoś zupełnie innego. Dlatego od jakiegoś czasu imprezy poszły w kąt, a zagościły spacery, spotkania w domowych pieleszach oraz inne niecodzienne pomysły na spędzanie wolnego czasu. Postaram się dzielić, co ciekawszymi pomysłami.
Na początku mnie zaskoczyło, jak wiele osób nie potrafi spędzać czasu inaczej niż "na kawie", czy "na piwie", ewentualnie w kinie. Na propozycję spaceru w zimie po lesie reagowali, jakbym dopiero co się podała za Jezusa. Na szczęście nie wszyscy... ;) ale może nie porywajmy się z motyką na śnieg. :) (choć przyznam, że w zeszłym roku zjeżdżałam pierwszy raz na sankach po 15 latach i było to cudowne i wesołe przeżycie!)
Ok, na początek coś prostego - weź 3 najbliższe Ci kobiety (mężczyźni biorą sobie panów) i ustalacie jedną datę, miejsce, kiedy razem się spotykacie. Planujecie menu, składacie się i  rozplanowujecie zakupy. Nastawiacie dobrą muzykę, szatkujecie i gadacie!
Ja już odbyłam swój pierwszy Dziewczyński SABAT, gdzie królowała zupa PHO.


Plusy: poczuło się więź i wspólnotę kobiecą, a to ważne!
Minusy: zupa się za szybko skończyła, choć każda wsunęła po dwie porcje.
Pamiętajcie - to bardzo ważne, aby mieć dobre i bliskie relacje z ludźmi. Tak łatwo zapominamy, jak je pielęgnować, idziemy na łatwiznę, a to znak, że gdzieś po drodze też o sobie zapomnieliśmy. A na to się chyba nie możemy zgodzić, co?

7.2.13

Ja i mój lęk - part one

Czego się boicie? Ja wielu rzeczy. Wielu rzeczy, z których sobie nawet nie zdawałam sprawy. Czasami myślałam, że jestem zła, albo jest mi smutno, ale okazuje się, że to była sprytna przykrywa dla tego podstępnego lęku. Trudno jest sobie na głos powiedzieć i przyznać się przed sobą, że czegoś się boimy. Bo ja taki siłacz/ka, super sobie radzę każdego dnia! Patrzcie, jaki jestem dzielna/y, silna/y! Nie mówię o swoim lęku, więc on nie istnieje. Takie mantry siedzą nam w głowie bardzo mocno i blokują nas przed zmianą. Kompletnie paraliżują.


Strach to jedna z najstarszych ewolucyjnie emocji. To był alarm, "Uważaj! Uciekaj, albo kryj się!". Bardzo się przydawał w życiu jaskiniowym, kiedy trzeba było ratować się przed dzikim zwierzem. Współcześnie źródła lęku stały się bardziej abstrakcyjne i złożone.

I tak rozglądam się wkoło i widzę tych pięknych ludzi, który mają tyle do dania, tyle piękna, pasji i boją się tym dzielić, bo ocena, bo niezrozumienie! Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali. Dostrzegajmy lęk, jak się pojawia. Nie odwracajmy się, bo to bardzo krótkowzroczne. Lęk wróci, ba możecie być tego pewni, zaprzyjaźni się z Wami i będzie chciał zostać, NA ZAWSZE. Ale Wy nie możecie na to pozwolić, bo kochacie siebie i musicie się konfrontować.

Zadanie na dziś. Myślimy bardzo intensywnie - czego się boję i w sumie dlaczego? Jakie są źródła tych emocji? Jak sobie radzę z lękiem? Pije, palę (świetna droga do zwiększania lęku, obie substancje podkręcają stany lękowe), wkładam w siebie kolejne ciasto?
Obserwujcie siebie czujnie. Od tego zacznijcie.

Celebracja! Buraczkowe brownie bez cukru!

Ciasta zazwyczaj trudno jest zaliczyć do kategorii prostych i odżywczych, w związku z tym rzadko pojawiają się w moim domu. Czasem jednak okazja wymaga pysznego wypieku! Po burzy mózgu (mojego) i inspiracji różnym blogami powstał przepis, który opiera się na razowej mące orkiszowej, buraczkach, daktylach, orzechach włoskich i kakao. Bezwartościowa biała mąka i cukier nie mają tu prawa wstępu...
To ciasto to prawie samo zdrowie! Brownie jest słodkie, kakaowe, sprężyste i wilgotne, ale nie zakalcowate. W skrócie po prostu pyszne! Koniecznie poczęstujcie niedowiarków i zalęknionych, najlepiej nic nie wspominając o warzywach w cieście, a będą musieli zrewidować swoje poglądy. Burak rządzi...

Składniki: (na okrągłą formę o średnicy 24 cm)

1,5 szklanki mąki orkiszowej razowej z pełnego przemiału
szklanka zmielonych orzechów włoskich
2 szklanki upieczonych i startych buraków
4 nieduże jajka
2 szklanki daktyli lub 1,5 daktyli i 0,5 innych pokrojonych bakalii
7 łyżek dobrego kakao nieodtłuszczonego (ok. pół szklanki)
2 łyżki oleju (najlepiej klarowanego masła)
2 łyżeczki zmielonych liści stewii (nie rafinowanego słodzika!)
pół łyżeczki suszonego tymianku
1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Daktyle zalewamy niewielką ilością ciepłej wody i zostawiamy do namoczenia. Buraki w ilości około 3 sztuk pieczemy w skórce do miękkości, co może potrwać ok 1,5 h. W międzyczasie mielimy w młynku lub w wersji bardziej mozolnej ucieramy w moździerzu orzechy włoskie, aby otrzymać niecałą szklankę proszku. Odstawiamy do lodówki. Upieczone i ostudzone buraki obieramy i ucieramy na wiórki średniej grubości.
Mieszamy suche składniki: mąkę orkiszową, mąkę z orzechów, sodę, kakao, utarty w moździerzu tymianek i stewię. Jeżeli nie macie stewii, myślę, że można ją sobie odpuścić, dodając trochę więcej daktyli. Przy mieszaniu trzeba będzie porozbijać tworzące się tłuste kulki, więc najwygodniej jest robić to w mikserze lub robocie kuchennym z mieszadłem do wyrabiania ciasta. Daktyle miksujemy z wodą, aby otrzymać słodki mus. W dużej misce mieszamy po kolei mokre składniki: buraczki, mus daktylowy, tłuszcz. Dodajemy stopniowo jajka i mieszamy - tutaj również najwygodniej jest użyć miksera lub robota kuchennego. Do mokrej masy stopniowo dodajemy suchy miks, cały czas mieszając. Masę przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Można poucinać wystające rogi papieru. Nie trzeba używać żadnego tłuszczu do pieczenia. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do ok. 180 stopni i pieczemy przez ok 70-80 minut, sprawdzając patyczkiem, czy ciasto jest suche. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy ciasto w środku do wystygnięcia, dopiero wtedy wyjmujemy z formy i zdejmujemy z papieru. W ramach dekoracji można obsypać wierzch wiórkami kokosowymi. Częstujemy przyjaciół i wrogów również... Smacznego!

1.2.13

DOBRE i PROSTE - kwasy omega 3

Kwasy omega 3 - olej lniany, ryby, suplementy. Co wybrać dla siebie?
A może po prostu siemię lniane?
Dobrym roślinnym źródłem kwasów omega 3 jest wielonienasycony kwas alfa-linolenowy, którego największą zawartość znajdziemy w nasionach lnu. Siemię jest produktem naturalnym, lokalnym, tanim i ma liczne korzyści dla zdrowia. Czego chcieć więcej?

A co z olejem lnianym?  Zastanówmy się nad składem oleju w porównaniu do świeżo zmielonych nasion. Jak łatwo zauważyć, nasiona są źródłem tłuszczy, białek i węglowodanów, zawierają cenny błonnik, witaminy i minerały. Łyżka oleju zawiera co prawda więcej kwasów tłuszczowych, jest jednak pozbawiona niemal wszystkich wymienionych wyżej grup składników. Wartość odżywcza nasion jest zatem znacznie wyższa niż oleju. Kwas tłuszczowy "ukryty" w nasionach jest bardziej odporny na działanie tlenu, światła i temperatury, natomiast wyizolowane oleje wielonienasycone bardzo łatwo ulegają jełczeniu. Dlatego olej lniany zawsze kupujemy tłoczony na zimno i przechowujemy w lodówce. Oczywiście smaku oleju nie zastąpimy zmielonym siemieniem, warto jednak wiedzieć, że nie musimy go kupować, żeby dostarczyć sobie kwasów omega 3!
A może w takim razie nasiona chia? Owszem, są super zdrowe, ale po co wydawać kilkadziesiąt złotych na produkt z Ameryki Południowej, skoro możemy wybrać tani produkt lokalny?
A może jednak suplementy? Pamiętajmy że suplement może być tylko dodatkiem do dobrej diety. Dostarczając w kapsułce same kwasy omega 3 musimy i tak zadbać o pozostałe składniki odżywcze, witaminy, minerały i fitozwiązki. Czy nie lepiej zatem wybrać produkt, który zawiera ich wiele?

Jedzmy siemię lniane! Jak je stosować? Zawsze świeżo zmielone w młynku i bez gotowania, a więc posypujemy gotowe dania - sałatki, zupy, kanapki, kasze, owsiankę. Wystarczy jedna łyżka dziennie! Jeśli nie chcesz dodawać całej porcji od razu, resztę przechowuj w lodówce.
Chcesz zrobić coś dobrego dla siebie? Uczyń z tego nawyk, a Twój organizm będzie Ci bardzo wdzięczny!

31.1.13

NIE MAM CZASU... dla siebie

Kiedyś robiłam tak, aby nie mieć wolnego czasu. Każdy dzień skrzętnie wypełniałam wydarzeniami: koncert, impreza, wernisaż, zostawałam po godzinach w pracy. Kawa z tym, piwo z tą. Uciekałam od bycia sam na sam, bo co to za frajda? Nieważne, że pranie niezrobione i naczynia niepozmywane, że pusto w lodówce, a peeling ciała robiłam bóg wie kiedy. Ostatnią przeczytaną pozycją była darmowa gazeta Metro, a moją szafą na ubrania stał się fotel.... nie muszę podawać więcej przykładów, chyba wiecie o czym mówię.

Powoli zaczęłam rozumieć, co się dzieje i obserwować, że im mniej mam dla siebie czasu, tym bardziej ludzie zaczynają mnie irytować i trudniej mi się na nich skupić, że często bywam zmęczona i łatwiej się wkurzam. Często się przeziębiałam, bo to był jedyny moment, w którym mój organizm mógł zawalczyć o odpoczynek i uwagę.

Trudno jest zaprzyjaźnić się ze sobą, posłuchać siebie. Tego się boimy. A kurcze chcąc nie chcąc będziemy ze sobą do końca życia, czyż nie? Czy bylibyśmy w związku, albo w przyjaźni z osobą, która o nas nie dba i nie poświęca nam czasu? No kurcze chyba nie!

Jak znaleźć dla siebie czas?
Najlepiej rozpocząć powoli: zarezerwować pół godziny wieczorem, komórka i komputer na bok, wziąć kartkę papieru i tak pospisywać - co mi sprawia radość, co mnie relaksuje? Zapisujemy jak leci, bez cenzury każdy nawet najmniejszy, najgłupszy pomysł. Jeśli mamy pustkę w głowie to zastanawiamy się, co lubiliśmy jako dzieci. Dzieci są spontaniczne w wyrażaniu radości i niewiele im trzeba do szczęścia. Postarajmy się sobie przypomnieć, jak to jest i jacy wtedy my byliśmy, jakie mieliśmy marzenia. Po burzy mózgu wybieramy minimum trzy rzeczy, którymi sobie dogodzimy w następnym tygodniu i próbujemy! To ważne, żeby sobie uświadomić - zmiana nie przychodzi sama, trzeba włożyć jakiś wysiłek. Zacznijmy zatem od czegoś łatwego i się nie zniechęcajmy. Robimy to dla siebie, dla nikogo innego, nic nie musimy udowadniać, nic nikomu tłumaczyć. Do dzieła!